Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magda. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lutego 2012

Andzia w bośniackiej mgle, czyli na Bałkanach bez zmian

To nie będzie recenzja filmu. Nie tylko dlatego, że trudno pisać recenzję czegoś, czego się nie widziało, ale dlatego, że to co dzieje\-ało się wokół reżyserskiego debiutu holywoodzkiej gwiazdy jest znacznie ciekawsze, i więcej mówi o sytuacji w BiH, i u sąsiadów, niż sam film. (Opinie polskich recenzentów po pokazie w Berlinie można odnaleźć bez trudu).
Na portalach serbsko-chorwacko-bośniackich natomiast właśnie wygasają ostatnie emocje związane z premierami filmu w Bośni i Chorwacji. Wystarczy pobieżnie przejrzeć tytuły więkoszości „artykułów”, by zorientować się, iż nie o film tu chodzi, i że całe zjawisko pt. Angelina w Bośni, stanowi świetny materiał bardziej dla socjologów wszelkiej maści niż znawców sztuki filmowej.
Ale od początku:
Andzia przyjechała do BiH jakieś półtora roku temu, spotkała się z ofiarami wojny w BiH i wstrząśnięta ich opowieściami postanowiła zrobić film, o czym pisała swego czasu kolezanka po blogu http://www.mojesarajevo.blogspot.com/2010/10/nasza-angelina.html

Potem Andzia zrobiła film (na Węgrzech).
Potem chorwacki dziennikarz, o typowo chorwackim nazwisku Braddock, oskarżył Andzię o plagiat. (Po czym pomyślałam sobie, że nie zdziwiłabym się, gdyby to była część promocji filmu, wymyślona przez Andziowych PR-owców:)
Potem Andzia pojechała do Rade Šerbedžiji na chorwackie Brijune.
Potem ogłoszono, że „jest już tytuł” filmu; (jakiś „językoznawca” połączył dwa tureckie słowa „bal” i „kan” („krew” i „miód”) dodał dwa do dwóch i wyszło mu Balkan:)
Potem ogłoszono, że „jest już trailer”.
Potem ogłoszono, że „film będzie pokazywany w lokalnym języku”. Andzia powiedziała, że tak jest autentyczniej. (Potem słyszałam angielski akcent Gorana Kosticia, faktycznie - "tak jest autentyczniej…" :)
Potem ogłoszono, że „jest już plakat”.
Potem Angie film pokazała w Sarajewie na specjalnym seansie dla członków organizacji zrzeszających ofiary i rodziny ofiar wojny.
Potem większość serbskich mediów (bez oglądania filmu) obwieściło, że film jest antyserbski.
Potem boszniackie media od razu były zachwycone.
Potem, zanim sam książę z Laktaša Milorad D. sam wpadł na ten pomysł doniosły, że Mile zabronił pokazów filmu w Republice Serbskiej.
Potem ci sami, którzy nie pozwolili Andzi na robienie filmu w Bośni, byli zachwyceni.
Potem Mile wieść o zakazie zdementował. Zdementowały boszniackie media.
Potem Mile filmu pokazywać zabronił.
Potem bośniackie media doniosły, że Andzia (rekord?) osiem godzin (bez przerwy?) mówiła o swoim filmie dla amerykańskiego Newsweeka.
Potem nastąpiły premiery w Nowym Jorku i Losie Andżelesie.
Potem amerykańskie recenzje były średnie, a recenzenci zastanawiali się, dlaczego Andzia zrobiła film na temat, który i 20 lat wcześniej nikogo nie obchodził…
Potem boszniackie media znów były zachwycone.
Potem wszyscy pisali jak pięknie Andzia wyglądała, jaka okropna ta wspólnota międzynarodowa, jacy dobrzy ci bośniaccy aktorzy, i jaką to świetną rzecz zrobili dla swego kraju.
Potem serbskie media znów nie były zachwycone.
Potem Andzia wywiadów udzielała, mówiła i mówiła, tłumaczyła się i tłumaczyła (że film „trudny i brutalny”, że „nie antyserbski”), a na pytanie czy zaadoptuje dziecko z Bośni, jak się to pięknie mówi po naszemu, „została bez tekstu”.
Potem z RS nadeszły wieści, że „ten film to śmieć”.
Potem Mile Dodik oświadczył, że nie ma nic przeciw projekcjom filmu w RS.
Potem Andzia dostała w USA nagrodę za działalność humanitarną.
Potem Andzia dostała nominację do Złotego Globa. Globa nie dostała.
Potem film wyświetlano w Sarajewie podczas tygodniowych „ekskluzywnych” pokazów.
Potem w internetowych mediach FBiH nie ukazała się ani jedna klasyczna, rzeczowa recenzja filmu boszniackiego autorstwa, ogłoszono, że „film jest wstrząsający i pokazuje prawdziwy obraz wojny”.
Potem ogłoszono, że film jest „dobrą promocją dla BiH”.
Potem Andzia oświadczyła, że kolejny film zrobi o Afganistanie. (Potem przeczytałam komentarze „zachwyconych” tym faktem Bośniaków. Cytować nie będę.)
Potem Andzia i Zana Marjanović rozmawiały w Białym Domu z Barackiem Obamą.
Potem nie wiadomo, czy wzruszony prezydent znalazł Bośnię na mapie, czy nie…
Potem Rade Šerbedžija oświadczył, że po premierze w USA nie podał ręki generałowi Clarkowi.
Potem Andzia opowiadała, jak z tym samym generałem Clarkiem konsultowała szczegóły militarnych aspektów filmu.
Potem Andzia z Bradem hopsali w rytm bałkańskiej muzyki na przyjęciu u Šerbedžiji.
Potem gruchnęła wieść, że Andzia podczas kolejnej wizyty w BiH zażąda likwidacji Republiki Serbskiej.
Potem nastąpił medialny lincz Angeliny w serbskich i serpskich tabloidach, o czym natychmiast z radością doniosły media FBiH.
Potem Andzia (nie wiadomo czemu:) zdementowała sensację o likwidacji RS.
Potem (a miało być tak pięknie:) RS nie została zlikwidowana.
Potem Andzia dostała globusa i nie wytrzymała nerwowo, a „Brad Pitt przyłapał ją płaczącą pod prysznicem”…





Potem jeden z internautów zdenerwowany medialną obecnością Andzi wszędzie, ale to wszędzie, zapytał w komentarzu, czy nie wiadomo przypadkiem czy Andzia - za przeproszeniem - "pod tym prysznicem nie puściła bąka"...
Potem Andzia pojechała na Berlinale. Andzia wzbudziła zachwyt. Film nie.
Potem Andzia poszła z dziećmi do Legolandu.
Potem na sarajewskim lotnisku wylądował samolot z Andzią.
Potem Andzia wyszła z samolotu.
Potem Andzia wsiadła do samochodu. (Wcześniej trochę pomachała łapką:)
Potem była konferencja prasowa.
Potem Andzia wywiadów udzielała, mówiła i mówiła, tłumaczyła się i tłumaczyła, że „artystyczna interpretacja, a nie dokument”, że to i sio, i że bardzo lubi Serbów. Bo oni tacy mądrzy są, potrafią „myśleć samodzielnie”, a nie tylko te tabloidy czytać.

Potem (lub przedtem – nie wiem, bo już straciłam rachubę:) zdarzyło się coś naprawdę fajnego. Jedna z internautek, mieszkanka Prijedoru w Republice Serbskiej oświadczyła w internecie, że ma dość Dodikowej dyktatury i organizuje nielegalną premierę filmu w swoim domu:). Film początkowo zamierzała ściągnąć z netu, lecz Andzia wzruszona tym faktem wysłała jej legalną kopię:). Premiera\y doszła\y do skutku. Recenzje publiczności nie były takie złe. Ucieszona zdarzeniem Jasmila Žbanić stwierdziła, że „to najlepsze, co nam się przytrafiło od czasu podpisania porozumienia z Dayton”, parafrazując kuriozalne oświadczenie ef. Cericia, że „film Jolie to najlepsza rzecz, jaka zdarzyła się Bośni od podpisania porozumienia z Dayton”, które to wygłosił po sarajewskiej premierze…

Bo potem była premiera.
I wszyscy tam byli. Oprócz serbskiego członka Prezydium BiH i ambasadora Serbii.
Potem był aplauz.
Potem Andzia płakała i dziękowała po bośniacku.
Potem nastąpiła w mediach krótka, acz żywa dyskusja, czy istnieje język bośniacki.
Potem Andzia wsiadła do samolotu.
I fruuuuu… poleciała. (Wcześniej trochę pomachała łapką)
Potem na premierę do Zagrzebia.



Potem niezastąpiony mer Zagrzebia Milan Bandić popełnił freudowski błąd twierdząc, że najbliższy z Andziowych filmów jest mu właśnie "W kranie krwi i mięsa".
Potem był red carpet, autografy i aplauz, a chorwackie „gwiazdy” się zwierzały, kogo zaproszono, a kogo nie, i że za późno zaprosili, a przecież jakoś ubrać się trzeba.
A Andzia wyszła po pierwszych minutach filmu i tyle ją widzieli.
Potem Vedrana Rudan znów poszła o jeden most za daleko, i w swym fanatycznym stylu napisała na blogu, co myśli o Andzi. Przeczytałam. Źle myśli. Chyba też coraz gorzej z jej głową, bo potem zrobiło mi się niedobrze.
Potem nie było premiery w Belgradzie. I nie będzie. Atmosfera nie ta.
Potem film nie był wyświtlany w kinach w RS.
Potem Marjana Karanović telewizyjnym programie „Žene” jak zawsze uratowała honor tych Serbów, którzy jeszcze „potrafią myśleć samodzielnie”.
Potem, jak Andzia wyjechała, zrobiło się tak pusto i nudno, więc na koniec jedno medium FBiH zapodało, że na murze w Banja Luce wykwitło graffiti obraźliwe dla Andzi i Pitta.
Potem Mile stwierdził, że film nie jest zakazany w RS...
Potem Severina urodziła syna.

A potem przyjdzie Pjer Žalica i zrobi „Gori vatra 2”.
*
(chaos w dzisiejszym poście sponsorowały: sarajevo-x.com, index.hr, jutarnji.hr, vijesti.ba, radiosarajevo.ba, oslobodjenje.ba, kurir-info.rs, novosti.rs i inni… :)

niedziela, 19 lutego 2012

Yurowizja tuż, tuż...

Czy pamiętacie tę blondynkę z kilku postów poniżej, plumkającą na klawiszach w eurowizyjnym wideoklipie Dino Merlina?:)
Już wiadomo na co głosujemy w tym roku?
Uwaga: ta piosenka grozi uzależnieniem:)



ps. aha, piosenka konkursowa będzie oficjalnie w marcu, a to dopiero przedsmak:)

piątek, 14 października 2011

Djordje od Panonii po Giewont :)

...czyli zdrady ciąg dalszy, w dodatku z siłami nieprzyjaciela:), z wątkiem bośniackim tym razem jednakowoż.

Bez zbędnych wstępów - dziś będzie o kolejnym "morderstwie" na Yugopolisowej płycie, które dotknęło mnie szczególnie, dotyczy bowiem piosenki Djordja Balasevicia:) "Neki novi klinci", w wersji polskiej (licho raczy wiedzieć czemu) "Morze Śródziemne...".

Przeżyję już tę "wannę Joannę" i pozostałą wesołą yugopolisową twórczość tekstową (sorry za rym:), ale kiedy wysłuchałam tego (Boże wybacz) "Morza Śródziemnego...", które przepłynęło przez Atrakcyjnego Kazimierza (tym razem bez Cyganów, a szkoda...:), zrobiło mi się po prostu przykro...


Nie wiem, co powodowało autorem tekstu (całkiem zacnym skądinąd panem Bryndalem:), ale o Balaseviciu i jego piosenkach nie wiedział zapewne wiele. Nadrabiał wyobraźnią, a zaiste trzeba ją mieć, aby największemu "marynarzowi floty panońskiej" przypisać... wpływy śródziemnomorskie...:). Z warstwą muzyczną i wykonaniem, też według mnie, nie najlepiej i poszę mi wierzyć, ale trwało dobrą chwilę, nim - słuchając polskiej wersji po raz pierwszy - zorientowałam się w którym kościele dzwoni.


Nie będę prezentować całej biografii Balasevicia, bo tutaj nie ma miejsca...:), a podstawowe dane o wojwodziańskim bardzie bez trudu można odnaleźć w internecie. Nie będę się też dłużej pochylać nad swym bólem:) spowodowanym dwukrotnym (i więcej razów nie będzie:) wysłuchaniu "utworu". Jestem pewna, że nikt nie śmiałby zrobić takiego numeru ani Dylanowi, ani Nohavicy pisząc do ich piosenek tekst, który się nijak ma do oryginału i do danego wykonawcy w ogóle...

Tego się nie robi Artyście.


Wobec tego, tak brzmi oryginalny utwór, pochodzący z końca lat 70-tych, kiedy Djordje zaczynał swoją karierę:


*

Balasević, jugosłowiański bard, pieśniarz, poeta, pisarz, aktor, a ostatnio i reżyser, od wielu lat jest także Ambasadorem Dobrej Woli UNICEF. Nie tylko w ramach "ambasadorskich" obowiązków kilkakrotnie odwiedził Sarajewo, koncertując zawsze przy wypełnionej po brzegi sali. Dowód poniżej:


*

Djordje, dla znajomych Djole:), posiada również niezwykłe zdolności aktorskie, zwłaszcza komiczne, które przez jego fanów cenione są na równi z talentem muzyczno-literackim, a jego wybitna koferansjerka jest oczekiwana i oklaskiwana nie mniej niż muzyka.

W sieci krąży kilka naprawdę smacznych "djoletowych" kawałków, stety\niestety dla tego wpisu, po serbsku, więc znajomość języka raczej wymagana. Starałam się wybrać (a wybór jest naprawdę dramatycznie trudny:), jakiś bardziej zrozumiały dla wszystkich. Poniżej próbka balaseviciowych możliwości - rozmowa Djordja z węgierskim celnikiem na granicy, gdy Balasević udawał się na swój koncert do Budapesztu. Zazwyczaj z tłumaczenia kawału wychodzi tragedia:), więc chyba się jednak powstrzymam... (po historii o madziarskim celniku, następuje opowieść o babci artysty, która lubiła oglądać telewizor, choć nie do końca opanowała instrukcję obsługi...:)

*


*

I wreszcie Balasević w najnowszym wydaniu, czyli jako reżyser swojego, jak sam mówi, najdłuższego na świecie teledysku:). Od jakiegoś czasu Djordje promuje film oparty na tekście jednej ze swoich kultowych pieśni "Prica o Vasi Ladackom". W tym też celu 18.11. Balasević po raz kolejny zagości w Sarajewie:). Film nosi tytuł "Kao rani mraz", a grają w nim m.in. Rade Serbedzija i córka artysty Jovana Balasević.

*


*

A na deser cytat jednego z wywiadów z Balaseviciem, w którym opowiada o swej podróży do YU-es-ej:). Djordje znalazł się tam w towarzystwie wielkich gwiazd, jak i on, pełniących rolę Ambasadorów Dobrej Woli; między nimi znalazł się Danny Glover, który dnia pewnego zagaił Djordja z typowym amerykańskim optymizmem: "Jak się masz?", "Lepiej niż na to wyglądam" - oparł Djole z typowo bałakańską szczerością:). "A skąd jesteś?" - dociekał aktor, na co Djole, że z terenów byłej Jugosławii. "O, Jugosławia! Byłem niedawno w Pradze", odparł był Glover. Kiedy Djordje uświadomił sympatycznemu Amerykaninowi, że Praga i Jugosławia to niezupełnie to samo, Glover powiedział: "Ta Europa jest taka mała, można ją szybko przejechać motorem". Na to Djordje: "Właśnie, ja do Pragi zawsze jeżdżę na motorze":)

*

Tym optymistycznym akcentem i krótką lekcją o różnicach między perspektywą amerykańską i serbską zakańczam.

c.d. ględzenia nie będzie:)



czwartek, 13 października 2011

"Jovano, Jovanke" od Wardaru po Tokio :)

Jakkolwiek perwersyjnie by to nie brzmiało, ale na chwilę dopuszczam się zdrady! I to z sąsiadką... :) Ale zdradzać Bośnię z Macedonią - żaden grzech...:)



Tak więc robię mały skok w bok, a raczej na południe, powodowana (całkiem zresztą niezłą) wiadomością o pojawieniu się na rynku kolejnej płyty z cyklu "bałkańskie a nasze":). Rzuciła na to ostatnio swym Okiem autorka zaprzyjaźnionego bloga.



Płyty jeszcze nie mam, a... już mi się nie podoba ... :). No, nie do końca tak jest, ale ponieważ w Zagrzebiu i tak wołają na mnie "picajzla" (że upierdliwa znaczy się:), więc pozwolę sobie trochę poględzić... Odsłuchałam to, co można znaleźć na Youtubie (tudzież w Polskim Radiu) i niestety muszę stwierdzić, iż zabito (na śmierć:) jedne z moich ukochanych utworów, a przede wszystkim tekstów, które, żeby było jasne, nie są przekładami oryginałów, a całkiem nowymi polskimi tekstami, czego (mówta co chceta) ale za Chiny nie pojmuję...




Naprawiając ów (mym skromnym zdaniem) wielki brak wspomnianego, jak się to mówi, projektu, prezentuję niniejszym oryginalną wersję jednej z moich ulubionych tradycyjnych pieśni macedońskich "Jovano, Jovanke", której słowa zupełnie nie wiem czemu spolszczono, z tekstem oryginału postępując w sposób okrutny... :) ("wanno Joanno...":). Muzyka oczywiście się broni, niemal w każdej wersji, bo folklor bardzo trudno jest zaszlachtować, jest nieśmiertelny po prostu.


A że sama "Jovnka..." jest niezwykle inspirująca świadczy mnogość wyśpiewanych i zagranych wersji, dostępnych choćby na Youtube - od tradycyjnych - Bilja Krstić&Bistrik Orchestra, przez popowe - Zeljko Joksimović, Jelena Tomasević, po rockowe - Azra, Leb i Sol...


Poniżej prezentuję niektóre z bliskich mi odsłon "Jovany..." (wraz z oryginalnym tekstem a jakże...;)



Јовано, Јованке * крај Вардарот седиш, мори * бело платно белиш * бело платно белиш, душо *сè нагоре гледаш. * Јовано, Јованке * јас те тебе чекам, мори *дома да ми дојдеша * ти не доаѓаш, душо * срце мое Јовано. *Јовано, Јованке *твојата мајка, мори * тебе не те пушта *кај мене да дојдиш, душо * срце мое Јовано.



Pierwsza - (prawie) tradycyjne wykonanie Biljany Krstić i nieodżałowanego Tose Proeskiego. (nie mogłam się zdecydować czyją wersję tu zapodać, więc zapodaję duet, a przy okazji polecam tę stronkę http://www.bilja.rs/)






*a tutaj w wykonaniu... tureckiej wokalistki, której nazwiska nie podejmuję się wymówić, choć ona z macedońskim tekstem problemu nie miała...:) (polecam też lekturę komentarzy pod filmikiem...:)








*a tutaj kompletna ciekawostka przyrodnicza, "Jovana..." w odsłonie "japońskie a macedońskie" :)







*a tu już kompletny "jovankowy" odlot :), niezastąpiony Vlatko Stefanovski:






*
Jovano, Jovanke, * Kraj Vardarot sedis, mori, * Belo platno belis, * Belo platno belis duso * Se na gore gledas. * Jovano, Jovanke, * Tvojata majka, mori, * Tebe ne te pusta, * So mene da odis duso, * Srce moe Jovano. * Jovano, Jovanke, * Jas te tebe cekam mori * Doma da mi dojdes, * A ti ne doadjas duso * Srce moe Jovano.

c.d.n.












środa, 23 lutego 2011

Dino wygra w grze i w śpiewie, Eurowizja w Sarajewieeeeee!:)

Przyznaję bez bicia – lubię Konkurs Eurowizji:)
Nie przeszkadza mi raz w roku festyn europejskiego kiczu i bezguścia (nie licząc wyjątków), fajnie, że raz w roku Europejczycy dowiadują się o istnieniu innych krajów:) (nie rozumiem zniesienia obowiązku śpiewania wyłącznie w swoim języku narodowym, jak to ongiś bywało), trzymam kciuki za wszystkich „naszych” i wysyłam sms-y, nie wzruszają mnie zarzuty „upolitycznienia” imprezy i serce mi rośnie, gdy Chorwaci głosują na Serbów, ci na Bośniaków, a Bośniacy na Chorwatów (+ wszystkie pozostałe warianty tej yugo-układanki), nie lubię, gdy Szwecja głosuje na Norwegię, ponieważ uważam, że powinna głosować na Bośnię, Chorwację, Macedonię itd…:), jeśli tylko mogę oglądam ze szczerym rozbawieniem, a potem całkiem zdrowa na umyśle wyłączam telewizor:)

W tym roku w barwach żółto-niebieskich wystąpi and the winner is…
Dino Merlin!:)


*
A tutaj poprzednie eurowizyjne Dinowe dokonanie:

środa, 16 lutego 2011

Oscar i Schindler

Parę dni temu klikam ci ja na moje ulubione e-Novine, wszechYUgosłowiański portal niezależny w nieustającym kryzysie pieniężnym i czytam, że jedna z amerykańskich organizacji pozarządowych sprezentowała dzielnym redaktorom grant, który zapewnić miał szanownemu portalu środki na bieżące potrzeby, tym samym na przetrwanie (przez czas pewien).
Niestety radość nie trwała długo, bo jak nie urok to…piii, lub przemarsz wojsk. Tym razem, już następnego dnia po ukazaniu się radosnej wieści, po portalu „przemaszerował” słynny zdobywca Oscara rodem z Sarajewa – Emir Nemanja Kusturica. Reżyser wniósł pozew do sądu oskarżając belgradzki portal i jego naczelnego Petara Lukovicia o zniesławienie oraz przyczynienie się do jego „cierpień psychicznych”, jakie wywołał u niego tekst, kilka dni wcześniej opublikowany przez e-Novine.

Artykuł, który pierwotnie ukazał się na równie zacnym portalu www.pescanik.net, traktuje o czarnogórskim kryminaliście Veselinie Vukoticiu. W tekście Kusta wcale nie gra głównej roli, wspomniany jest „jedynie” jako przyjaciel rzeczonego Veselina V., oraz jego (Kusturicy) rola swego rodzaju „łącznika” między tzw. służbami bezpieczeństwa, a ukrywającym się profesjonalnym zabójcą Vukoticiem.
Sam Kusta przyznaje, iż „poznał w życiu największych kryminalistów świata”, lecz to czy i z kim się przyjaźni jest jego prywatną sprawą.

Urażony Nemanja za swą „krzywdę” żąda odszkodowania w wysokości 20.000 Euro!
Wiedząc doskonale, iż parający się z ogromnymi problemami finansowym od początku istnienia portal nie podoła kosztom procesu, a co dopiero ewentualnego odszkodowania.
A nie zdziwiłabym się usłyszawszy o niekorzystnym dla portalu wyroku, albowiem jeden już taki „sukces” Nemanja ma swoim koncie, kiedy to 3 lata temu sąd uznał winnym krytycznego wobec Kusturicy czarnogórskiego dziennikarza (i pisarza) Andreja Nikolaidisa i zasądzając 12.000 Euro odszkodowania na rzecz reżysera z Mokrej Gory.

Dziś w mediach pojawiło się oświadczenie „pokrzywdzonego”, iż rzeczone 20.000 Euro przeznaczy na pomoc dla potrzebujących dzieci. Jednocześnie Niezależne Stowarzyszenie Dziennikarzy Serbii stwierdziło, że w gruncie rzeczy chodzi tu o naciski na wolne media oraz dławienie swobody wypowiedzi.

Trudno się z tą oceną nie zgodzić, albowiem nawet jeśli Kusturica poczuł się dotknięty (do czego ma prawo) i uważa wspomniany artykuł za kłamliwy (do czego ma prawo), jako pierwszych – tak przynajmniej podpowiada logika - powinien podać do sądu autorów artykułu, ew. portal, dla którego został napisany i na jakim się pierwotnie ukazał. Tymczasem pozwane zostały e-Novine, które tekst zaprzyjaźnionego portalu „przedrukowały”, oraz ich naczelny, który nigdy swej antypatii do Emira nie ukrywał.
Do tego, a może – przede wszystkim, z pozwem Kusturica ujawnił się tuż po ukazaniu się na e-Novine informacji o dotacji z USA. Jak słusznie zauważyła jedna z komentatorek, trudno się oprzeć wrażeniu, iż Kusta po prostu czekał na odpowiedni moment, by dopaść znienawidzony portal i, mówiąc kolokwialnie, mu dołożyć.

Do poczytania dostanie coś także sam prezydent Serbii Boris Tadić, do którego dzisiaj Petar Luković skierował gorzki list. We właściwych dla siebie, mocnych słowach Luković pyta prezydenta o stan wolności mediów w jego kraju (w Serbii obowiązuje prawo, na mocy którego można pozwać nie tylko medium, które jakiś sporny tekst zamawia, ale każde, które go publikuje); informuje go także o małym „antyserbskim sabotażu”, jakiego dokonał posyłając informację o sprawie Kusturica contra e-Novine do setek światowych mediów i ambasad.
„…postaramy się, by takiej Serbii narobić wstydu na wszelkie możliwe sposoby” – pisze rozgoryczony Luković.
C.d. niewiątpliwe nastąpi...

***
Dla odmiany teraz coś pozytywnego, jeśli można mówić o pozytywach w scenerii bośniackiej wojny…
Kilka dni temu wpadł mi w oko tekst nie pierwszej już świeżości, bo sprzed kilku miesięcy, który mi jakoś ups! wtedy umknął, więc historię przytaczam teraz, dla kontrastu z wyżej opisaną.

Rzecz miała miejsce w Brčko, w północno-wschodniej Bośni 1992 roku. Jeden z jego mieszkańców Enes Čelosmanović wspomina koszmar, gdy w mieście na dobre rozpoczęły się czystki, a jego muzułmańskich mieszkańców na setki zabierano do obozów i zabijano. Enes z grupą 95 ludzi został umieszczony w sali hali sportowej „Partizan”. „Żołnierze współzawodniczyli w wymyślaniu najobrzydliwszych tortur; (…) zabawiali się dodatkowo grą w ‘rosyjską ruletkę’ więźniami”. Sam Enes twierdził, że przeżył trzy takie „ruletki”.
W jednym z takich dni, gdy większość więźniów już marzyła o śmierci, do hali „weszło trzech serbskich żołnierzy; nigdy ich dotąd nie widziałem. Jeden z nich krzyknął ‘Ci ludzie będą żyć!’. Nastąpiła wielka kłótnia tej trójki z pozostałymi. Słyszałem jednego z nich jak rozkazuje, aby „podstawić autobus”. Po pewnym czasie rzeczywiście podjechał autobus i Enes wraz z innymi 28 osobami pojechał najpierw do Bjeljiny, potem Tuzli i wreszcie do Zagrzebia gdzie mieszka po dziś dzień.

Od tej chwili, jak twierdzi bohater historii, jego największym życzeniem było poznać i podziękować swemu wybawcy – „bośniackiemu Oscarowi Schindlerowi” – jak go nazwał. Jego życzenie po 16-stu latach od opisanych wydarzeń spełnił Denis Latin (uwielbiam!:), redaktor chorwackiego programu „Latinica”, zapraszając doń Enesa oraz… Radomira Lakicia, jak naprawdę nazywa się ów „Schindler”.
Lakić w czasie wojny był członkiem tzw. Serbskiego Oddziału Policji z Ugljevika ok. 40 km od Brčko. Słysząc o zabójstwach setek uwięzionych Muzułmanów, zdecydowanie się temu sprzeciwiał. Enes i jego towarzysze nie byli jedynymi przez niego uratowanymi, Radomir Lakić zdołał bowiem uchronić od śmierci łącznie ok.70 osób. Podobne jak Lakić zasługi ma niejaki Vinko Lazić - naczelnik policji w Ugljeviku.

Piękna ta historia ma jednak niemiły dość epilog. Wydawałoby się, że czyny takie jak te, powinny wzbudzać przynajmniej szacunek opinii publicznej. Niestety: „…wkrótce po ‘Latinicy’, Radomir i ja zaczęliśmy dostawać pogróżki. (…) [Lakić] był pierwszym, jeśli nie jedynym serbskim żołnierzem, który publicznie, pod swoim nazwiskiem, mówił o masowych zbrodniach na cywilach w Brčko. Niestety (…) sądy nigdy nie wykazały zainteresowania jego świadectwem”.

Niedługo potem Radomir Lakić został aresztowany i oskarżony o handel bronią. Jednak Enes Čelosmanović jest przekonany, iż oskarżenie jest karą za to, że Lakić „za dużo mówił”. „A nawet gdyby się i okazało – twierdzi Enes – że Lakić był powojennym szmuglerem bronią, czy zmienia to pojmowanie jego odważnego czynu - uratowania 70-ciu ludzkich żywotów?”
*


Mostar, 2010

poniedziałek, 14 lutego 2011

Całe życie z wariatami...

Luty miesiącem kolejnej rocznicy. Rocznicy Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Sarajewie ('84). Niniejszym proponujemy krótką podróż sentymentalną i przypominamy (tym, co już na świecie byli) tudzież przedstawiamy (tym, co przyszli na świat już po) uroczystość otwarcia igrzysk. Wcale nieprzypadkowo zestawiamy to wydarzenie z wydarzeniami mającymi miejsce niewiele lat później, przedstawionymi symbolicznie w krzywym, surrealistycznym zwierciadle niezastąpionych Nadrealistów, którym tego roku stuknęło 30 lat od momentu powstania!
(o historii kultowej grupy można poczytać w odcinkach na e-novine, a i o ZIO nie zapomniano:)
*
*
Ech, łza się w oku kręci...
*
*
A tu, co nam zostało z tamtych czasów... Całe życie z wariatami...:)

niedziela, 6 lutego 2011

Zabić gada póki mały!

Czy pamiętacie Azriję Mahmutović? Tak, to ta pani z awersją do Dziadka Mroza:)
Kilka dni temu decyzją władz Kantonu Sarajewo kontrowersyjna pani Azrija została zwolniona ze stanowiska dyrektora Publicznego Zakładu „Dzieci Sarajewa” (Javna ustanova ‘Djeca Sarajeva’). Minister edukacji kantonu Emir Suljagić tłumaczył, iż decyzja powodowana była „ochroną interesu publicznego”. Cokolwiek to znaczy - wszem i wobec wiadomo, że za rządów byłej już dyrektorki „źle się działo „Dzieciom Sarajeva”; pani Mahmutović w 2008 roku bezprawnie wprowadziła lekcje religii do sarajewskich przedszkoli, przy okazji rozprawiła się z Dziadkiem Mrozem:), a w czasie kampanii wyborczej na budynkach sarajewskich przedszkoli pojawiły się plakaty promujące polityków „jedynie słusznej” boszniackiej partii narodowej SDA; pani Mahmutović jak się podejrzewa „pomniejszyła” również budżet zarządzanej przez siebie instytucji o ponad 4tys. euro.
Rodzice od dawna żądali zwolnienia A.M., co mimo kilkakrotnych prób udało się dopiero przed paroma dniami.
Sama zainteresowana w dniu dymisji przebywała na urlopie za granicą, przy okazji „zapomniawszy” zostawić w kraju klucze do własnego gabinetu, wobec czego nowo mianowana dyrektor Vasva Jajetović musiała tenże forsować w asyście policji.

Nauka religii w szkołach to w BiH, podobnie jak w Polsce, temat zawsze aktualny, a różnorodność kulturowo-religijna oraz powojenne dziedzictwo bh. narodów sprawia, iż kwestia ta w Bośni jest skomplikowana po wielekroć, albowiem wiąże się nieodłącznie z pojęciem, najczęściej źle rozumianego, patriotyzmu.

Tytułem przypomnienia: religia do bh. szkół została wprowadzona jeszcze w 1994 roku. Tak jest do dzisiaj, zarówno w FBiH jak i w Republice Serbskiej, gdzie zgodnie ze składem etnicznym wykłada się głównie religię prawosławną (oczywiście dla dzieci serbskich); teoretycznie istnieje możliwość organizownia lekcji religii zamieszkujących w RS „mniejszości narodowych”, w praktyce prawosławie jest czymś w rodzaju „religii państwowej”.
Jako że w Federacji niemożliwe jest, aby „państwowym” stało się któreś z wyznań –politykę edukacji religijnej w FBiH dyktują poszczególne kantony, dlatego też w niektórych kantonach religia w szkołach jest przedmiotem obowiązkowym, w innych fakultatywnym, a jeszcze w innych uczniowie (rodzice?) wybierają pomiędzy religią a historią religii (kulturą religii), z której to programem (i wprowadzeniem do nauczania) po dziś dzień istnieją spore problemy.
Do tego dochodzą różne warianty oceniania\nieoceniania oraz wliczania\niewliczania oceny z religii do średniej. Jednym słowem „bogactwo różnorodności” pełną gąbą. Niestety niewiele ma to wspólnego z prawdziwym wolnym wyborem…

Według statystyk nawet tam, gdzie przepis daje wybór, na lekcje religii uczęszcza ponad 90% uczniów (nigdzie poniżej 50%). Taki rezultat można jednak interpretować dwojako (a nawet trojako:). Jedni bezrefleksyjnie cieszą się, że tak dobry wynik oznacza, iż miejsce religii jest w szkole, bo statystyki nie kłamią, inni tłumaczą go konformizmem, wygodą i owczym pędem.
Są tacy, którzy twierdzą, że w społeczeństwie tak wieloreligijnym jak w BiH, ludzie zobowiązani są wiedzieć o sobie jak najwięcej, a szkoła jest najlepszym miejscem do zdobycia tej wiedzy; tak rozumiana religia powinna być w szkole przedmiotem obowiązkowym (w sensie poznawczym), jednocześnie fakultatywnym (w sensie doktrynalno-konfesyjnym) (Safet Haliliović, b.min.edukacji); religia wykładana wyłącznie jako doktryna przedstawia religię jako pusty system zakazów i nakazów, co sprawia, że czyni się go podatnym na ideologię i manipulacje przekonuje z kolei fra Mile Babić;
jeszcze inni (choć to mniejszość) – jak wybitny teolog muzułmański Enes Karić zastanawiają się, czy szkoła jest miejscem gdzie dziecko można nauczyć np. rytualnego abdestu, jednym słowem „czy można intymność religijnego obrzędu wyrwać z mektebu i przestrzeni meczetu i przesadzić (…) do szkolnej ławki? (…) koniec końców nie będzie to ani szkoła ani meczet”.

Jak parę lat temu pisał dla „Dani” Ermin Čengić, już w momencie wprowadzania religii do bośniackich szkół (a więc jeszcze w czasie wojny), szkoły stanowiły swego rodzaju centra rekrutacyjne członków wspólnot religijnych, którzy wkraczali w świat religii z nieznajomością obrzędów i praktycznych aspektów swojego wyznania oraz z minimalną wiedzą na temat religii ze swego otoczenia.
Między innymi dlatego już lata temu OHR zalecił BiH wprowadzenie do szkół wspomnianej „kultury religii” dla uczniów wszystkich wyznań.
To oczywiście zmniejszałoby kontrolę wspólnot wyznaniowych nad szkolnymi programami, a tym samym i nad rzędami niewinnych duszyczek… A to rzecz jasna nie wszystkim w smak.

O indoktrynacji i przeróżnych eksperymentach (nie tylko religijnych) jakie praktycznie przeprowadza się na umysłach i duszach bośniacko-hercegowińskich dzieci mówił kilka miesięcy temu Nenad Veličković w bardzo ciekawym wywiadzie dla „Slobodnej Bosni”. Znany także w Polsce pisarz obronił doktorat na temat indoktrynacji bośniackich uczniów szkół średnich i podstawowych, jakiej dokonuje się poprzez nadużycia, manipulacje, selektywny dobór treści, czy wręcz kłamstwa historyczne, tudzież nachalną serbizację\kroatyzację\boszniakizację (zależnie od potrzeb), a wszystko to w szkolnych czytankach, które w zamierzeniu mają, za przeproszeniem, urobić dzieci na dobrych wiernych i patriotów, wyłącznie jednak własnego kolektywu, który się rzecz jasna stawia nad pozostałymi.
Świeżo upieczony doktor nauk, razem ze swymi współpracownikami, prześledził, wyśledził i od czci i wiary odsądził setki manipulacji wykrytych w szkolnych podręcznikach, głównie do nauki literatury i ojczystego języka.
N.V. jest także autorem nowoczesnego podręcznika dla dzieci mającego nauczyć je samodzielnego (nie kolektywngo, pseudopatriotycznego) myślenia; niewykluczone, że taki przydałby się i w Polsce.

„Wszyscy rwą włosy z głowy nad „trzema szkołami pod jednym dachem” – mówi Veličković - a to problem marginalny, w porównaniu z tym, że mamy trzy (…) programy nauczania tak różne, że ktoś, kto chodzi do szkoły w Mostarze, nigdy nie będzie w stanie przenieść się do Trebinja [w RS]. Nasze społeczeństwo uważa, że tak jest, bo przecież rodzice tych dzieci nigdy nie zapragną się przenieść, by szukać tam pracy”. „Ważne jest – twierdzi pisarz - by dzieci nauczyły się rozpoznawać faszyzm już w zarodku. Jak w tym kawale, gdy Muja potrącił pociąg, więc potem, kiedy zapiszczał czajnik Mujo się rzucił na niego. Gdy Fata spytała go, co robi, Mujo powiedział: Zabić gada, póki mały”:)


Na koniec, by edukacyjno-religijny wątek zamknąć, oraz równowagę w bh. przyrodzie zachować jeszcze słów kilka od przezacnego fra Patra Jeleča, jednego z, jak uważam, najodważniejszych osób życia publicznego BiH. Franciszkanin, wykładowca historii i teologii franciszkańskiej w Sarajewie zastanawia się: „Czyż nie jest niepokojące, że przy tylu deklaratywnych wiernych muzułmanach, katolikach i prawosławnych jest u nas wciąż jeszcze tyle nienawiści (…) we wszystkich sferach życia” – to w wywiadzie dla „SB”, zaś niedawno dla e-Novine wyznał: „BiH jest ofiarą polityki obłudy”, przypominając przy okazji niewielką aferę, jaka miała miejsce przed końcem zeszłego roku.

Otóż nie tylko polski Kościół miał kłopoty z Komisją Majątkową. Przed dwoma miesiącami sarajewskim „światem katolickim” i głową tegoż „świata” kardynałem V.Puljiciem wstrząsnęła decyzja Sądu Okręgowego o wysiedleniu tegoż (kardynała) ze swojej siedziby; część budynku, który obecnie zajmuje głowa bh. Kościoła miała zostać zwrócona byłym właścicielom. Na tym nie koniec, bo właścicielem owym okazał się niejaki Fadil Smajović – były funkcjonariusz komunistycznej „Udby” (niesławnego urzędu bezpieczeństwa, dla tych co nie wiedzieli), a jego zadaniem było szpiegowanie przedstawicieli kościoła katolickiego w BiH. Sąd na pocz. listopada zeszłego roku podjął decyzję o zwrocie części majątku mieszkającej w Kanadzie rodzinie nieżyjącego już właściciela.
Budynek po drugiej wojnie światowej nie został znacjonalizowany, a jego byłym mieszkańcom Kościół zapewnił inne mieszkania, jedynie rzeczony towarzysz Smajović odmówił przyjęcia nowego lokum i po ostatniej wojnie wyjechał za granicę.
Decyzja sądu oburzyła mieszkańców šeher Sarajeva, lecz zanim jakakolwiek przeprowadzka doszła do skutku ten zmienił decyzję i kardynał Puljić został tam gdzie był, a rodzina Smajovicia sama odstąpiła od roszczeń w kwestii należnej im części budynku biskupstwa.

Ale o co chodzi? - zapytacie zapewne. Ano, jak zawsze o walkę o „naszych”. Albowiem zanim rzecz przybrała obrót dla kardynała szczęśliwy zdążono już rzecz upolitycznić do granic wytrzymałości, zaś głównym hasłem „oburzonych” stała się stała mantra o zagrożeniu chorwackiego narodu w Sarajewie i BiH.

Jedną z niewielu (a jak się to mówi-w łonie samego bh.Kościoła, chyba jedyną) z osób, która rzecz skomentowała prosto i uczciwie był wyżej wymieniony fra Petar Jeleč, któremu nie straszny ni reis ni biskup; w swoich wypowiedziach dla mediów stwierdził, że już dawno „nie mieliśmy do czynienia z taką manipulacją (…) a w szerzeniu kłamstw na ten temat uczestniczyli także przedstawiciele Kościoła. (…) zamiast spokojnej i rzeczowej argumentacji zdecydowano się na szkodliwe upolitycznienie całej sprawy i przeniesienie jej z prawnego na grunt religijno-nacjonalistyczny” - mówił dla portalu bhmagazin.com. „(…) to oczywiste, że prawo legalizujące odbieranie prywatnego majątku jest niedobre (…); problemem jest to że milczano, kiedy to niesprawiedliwe prawo uderzało w „małych, zwykłych” ludzi (…), a podniosła się nagle wrzawa, bo chodzi o (…) ważnego członka naszej wspólnoty”. „W ogóle nie zaskoczyła mnie [decyzja o pozostawieniu kardynała w siedzibie biskupstwa]; była zupełnie do przewidzenia dla każdego, choć trochę rozumnego człowieka. (…) wszyscy uczestnicy tej sprawy wiedzieli, że kardynał nie straci części swej rezydencji, ale nie przeszkadzało im to w robieniu tego, co robili w tych dniach (…). w tym kraju duchowni są zagrożeni najmniej, i żyją lepiej niż zwyczajni ludzie, a spośród nich [duchownych] jeszcze mniej zagrożone są głowy kościołów. Dlatego trzeba jasno powiedzieć, że metry kwadratowe kardynała nie mają żadnego związku z zagrożeniem Chorwatów w tym kraju”.
Amen.

Puenta: Ciężko Bogu z nami, takimi jacy jesteśmy...
*
srbovanje.com

środa, 12 stycznia 2011

Brega wraca do domu!

Przed paroma dniami w Sarajewie gruchnęła nowina, iż do Bośni wraca syn jej, równie marnotrawny co sławny – Goran Bregović we własnej osobie!:) Wiadomość tę potwierdził oficjalnie magistrat stolicy, a sam bohater wydarzenia spotkał się z burmistrzem Aliją Behmenem, który z radością powitał w ojczyźnie słynnego lidera grupy Bijelo dugme i kompozytora muzyki filmowej.
*
Portal sarajevo-x.com cytuje jednego ze znajomych muzyka, który ponoć „odczuwa nostalgię za Sarajewem”, a więc całkiem możliwe, iż wkrótce będzie można spotkać Bregę na niedzielnym spacerze na Ferhadiji. I to nie samego, albowiem Bregović sprowadza do Sarajewa także swoją rodzinę – żonę i trzy córki, które dotychczas mieszkały w Paryżu. I to, obawiam się, chyba tatuś nie do końca przemyślał…, ale „pażiviom-uvidim”:). Sam Goran obawia się ponoć jedynie reakcji sarajewskiej „ulicy”. I tu się wcale nie dziwię, Sarajlije już pewnie ostrzą sobie języki; pod informacją o powrocie Bregi natychmiast ukazało się ponad 400 komentarzy, a wspomniany portal zapytał w ankiecie, co sarajewianie myślą o pomyśle muzyka. Na wyniki aż boję się patrzeć, śmiem przypuszczać bowiem, iż wylew serdeczności to raczej nie będzie; od swego wyjazdu z Bośni tuż przed wojną Bregović (syn Chorwata i Serbki) nie miał „u siebie” dobrej prasy. Bośniacy długo mieli mu za złe wyznanie, iż bałkańska wojna „to nie jego wojna” (o zwyczajowej bośniackiej zawiści, porównywalnej jedynie z polską, nie wspominając). Cóż nikt nie jest prorokiem… itd. :) Mimo to od paru dobrych lat Bregović nagrywa (głównie wspólnie z innymi muzykami) i koncertuje także w krajach ex-Jugi, najczęściej chyba w Chorwacji, gdzie cieszy się sporą sympatią.
Ale, cokolwiek o nim nie mówić, mam słabość do człowieka…:)


*


Bilet z koncertu Bregovicia w Nowym Sadzie podczas pierwszego powojennego tournee muzyka, z czasów, gdy przeciętnemu Polakowi nic nie mówiło jego nazwisko; a sam koncert - ECH...! :):):)

wtorek, 11 stycznia 2011

„Armaty w krzakach…” i inne Balk-haiku:)

Nowy rok na blogu inaugurujemy podsumowaniem minionego, przypominając „skrzydlate myśli” jakie wyfrunęły z ust polityków ex-Jugi. Nie będę oryginalna i nie odmówię sobie przyjemności zacytowania zwycięzców i niektórych nominowanych w konkursie „Shit of the year” od lat organizowanym przez redaktorów najpierw śp.”Feral Tribune”, a obecnie internetowej gazety e-Novine.
*
Podobnie jak rok temu, także w tym podium opanowali Serbowie (i to nie bośniaccy:). Zawsze wiedziałam, że Serbowie mają niespożyte poczucie humoru, ale jak tak dalej pójdzie, znowu zacznie się mówić o jakiejś serbskiej hegemonii:).
*
Ale do adremu: namberłanem okazał się premier Serbii ujawniający niezykle tajemniczą i znaną tylko sobie strategię mającą szybciej i skuteczniej wprowadzić kraj do Europy. „Decyzja Serbii, by nie uczestniczyć w przyznawaniu wręczenia Nagrody Nobla w Oslo jest taktycznym ruchem mającym na celu wzmocnienie integracji Serbii z Europą”. Tako rzecze Mirko Cvetković, a wy się zastanawiajcie, co autor miał na myśli… (tym bardziej, że dla zmylenia przeciwnika zapewne, po kilku godzinach kierowany dobrem ojczyzny, premier zmienił zdanie i jak wiadomo przedstawiciel Serbii na uroczystości jednak się pojawił);

*
„Złota myśl” zdobywcy drugiego miejsca, nie ukrywam, szczególnie mi przypadła do gustu. Jej autor - Boris Tadić z okazji swej (jakże pokojowej, pamiętnej z przeprosin prezydenta w Vukovarze) wizyty w Chorwacji w ramach relaksu odbył przejażdżkę łodzią z wyspy Krk do Opatiji. Czy to jugo, czy bura czy też romantyczna cisza na Adriatyku natchęła prezydenta (którego kontakty z morzem przed paru laty skutecznie ograniczył Milo Djukanović) do wyznania, iż „morze trzeba zobaczyć z bliska, jeśli już się nad nim jest”:).
Zdaniem tym niebezpiecznie zbliżył się do mistrzostwa, jakie w podobnych zwierzeniach osiągają polscy turyści:) Przykłady?
Miejsce akcji - wyspa Brač: - Czyli jesteśmy na wyspie?
– Tak.
- Acha, i dookoła jest woda?
Miejsce akcji – Medjugorje: - To o której ta Matka Boska się pokazuje?
Miejsce akcji – Moskwa: - Być w Moskwie i nie widzieć Lenina w mauzoleum, to jak być w Rzymie i nie widzieć papieża…
*
Tyle tytułem dygresji, wracamy do meritum, bo oto okazuje się, że mimo wszystko w reklamowaniu uroków swego własnego wybrzeża Chorwaci są niezastąpieni! Poniższe „skrzydlate słowa” nie tylko że zasługują na najwyższe konkursowe laury, ale powinny stać się tegorocznym mottem Chorwackiej Wspólnoty Turystycznej: „Według chorwackiego prawa, mięso nie ma terminu ważności”. Tak, drodzy turyści, obiecuje wam to sam Petar Čobanković - minister rolnictwa Republiki Chorwacji:)

*
Poza pudłem uplasowała się chorwacka premijerka Jadranka Kosor ze swą strategiczną rewelacją: „Nie zwykliśmy robić planów na dłużej niż z 15-dniowym, góra miesięcznym wyprzedzeniem”. Jako że pani Kosor natchnienie nie opuszcza od lat wierzymy, że ten rok należy do niej. Byleby tylko w przypływie dobrego humoru nie zaczęła z duetem Tadić-Cvetković omawiać „problemu bośniackiego”:)…
*

Nawiązując do słów poety, chciałoby się rzec "Ideał sięgnął bruku..."; w tym wypadku mostarskich kocich łbów. Nie obrażając kotów:)
*

Tyle, co się tyczy liderów konkursu. Oczywiście nie można zapomnieć o Be-Ha-iku, którymi błysnęli w tym roku konkurenci z drogiej nam BiH. Wśród blisko 60-ciu nominowanych znalazł się m.in. właściciel dziennika „Dnevni Avaz” i kandydat w wyborach Fahrudin Radončić z wyznaniem: „Zwyciężyć w kraju, którego i oficjalnie co czwarty mieszkaniec żyje w biedzie, nie będzie szczególnie trudne”.

*Trochę dalej za nim wylądował Izetbegović junior stwierdzając: „Myślę, że czas najwyższy i dla kandydatów SDA i dla mnie, by zrobić coś dla tego kraju”.

*Zwycięzcą (i moim „faworytem”) w kategorii filologia został reis Cerić – troskliwy strażnik czystości języka bośniackiego: „Słucham dziennika na FTV i prezenterka mówi:„…u rujnu [chorw. we wrześniu] nasza delegacja odwiedzi Turcję…”. Przyjaciółka pyta: „Co znaczy rujan?” Bracia, żądamy, by w naszej telewizji wprowadzić dwujęzyczność, i bośniacki, i chorwacki. Albo niech nam dadzą naszą bośniacką telewizję, gdzie będzie tylko bośniacki. Po co mamy słuchać języka, którego nie rozumiemy?”.
Bez komentarza. Chorw. Bez komentara. Tłumaczenie dla reisa na bośniacki: „Bez komentara”.

*"Ukradli...":) (Dubrovnik 2010, fot.kaszenka)

I tym radosnym akcentem mogłabym zakończyć, ale nie chcę. Bo to było dopiero trzęsienie ziemi. Na koniec, dla wzmocnienia napięcia (Tesla by się cieszył:) jeszcze parę wątków, których po prostu nie można nie skojarzyć z polskim podwórkiem:
Dla warszawiaków – burmistrz Belgradu D.Djilas: „Rada miasta podjęła historyczną dezycję, na mocy której metro definiuje się jako niezależny system szynowy”.
Dla kibiców - selekcjoner reprezentacji Serbii R. Antić: „Byliśmy w grupie, w której wszystkie reprezentacje grały w piłkę nożną”.
Dla bibliotekarzy, wydawców i pisarzy - Naczelny Czytelnik RS B.Tadić: „Jesteśmy narodem, który kupuje książki, ale nie czytamy dużo. Nie ma na to wyjaśnienia, to prawdopodobnie część tutejszego temperamentu. Czasem cieszy, a czasem boli, że tak jest”.
Dla naszych polityków i dziennikarzy ku przestrodze – b.redaktorka HTV, członkini HDZ wyznaje jak „przez przypadek” wstąpiła do partii, gdy chciała umówić wywiad z Tudjmanem. Ojcec narodu grał w tenisa: „Po tenisie Franjo (…) zaproponował mi wejście do HDZ. Nie nadawałam temu wielkiego znaczenia, powiedziałam OK., myśląc, że nikt jutro nie będzie o tym pamiętał. Tymczasem, już nazajutrz zadzwonił do mnie ktoś z HDZ, nie pamiętam już kto, i przypomniał o mojej danej Tudjmanowi obietnicy. I tak wstąpiłam, niezupełnie świadomie…” :)

*
Teraz już, całkiem świadomie, kończymy (bo na wszystkie słowne bałkańskie krotochwile i tak nie ma tutaj miejsca); gorąco polecamy naukę języków ojczystych bohaterów posta. Gdyby człowiek wcześniej wiedział, że może dostarczyć to tyle radości, zacząłby już w przedszkolu:)

Źródła cytatów: www: e-novine, sarajevo-x.com, net.hr, index.hr, Slobodna Dalmacija, Tanjug, Jutarnji list, Globus;









P.S. A tutaj coś z całkiem innej beczki (choć oczywiście bałkańskiej) http://histmag.org/?id=5027

Mostar 2010, fot.kaszenka;









sobota, 20 listopada 2010

O wyższości Nocy Przeznaczenia nad Nocą Bożego Narodzenia:)


Miałam sen: śniło mi się, że jadę przez Chorwację, jadę, jadę i dojeżdżam do Karlovca (Karlovac – wiadomo - Karol VI, browar, Nikola Tesla…), idę, idę, patrzę, a tam pośrodku miasta meczet stoi, i muezzin śpiewa ezan…:);
Nawet wiem, co to znaczy: meczet w Karlovcu śnić = w blogu o bajramie pisać…:)

…albowiem kończy się właśnie Kurban Bajram, największe, także w Bośni i Hercegowinie, święto muzułmanów. Korzystając z okazji i zmieniając na moment kurs z politycznego na parareligioznawczy, prezentujemy ba.rdzo krótki szkic o najważniejszych świętach Islamu.
*
Przypomnijmy - mamy rok 1431 (Kolumb jeszcze nie „odkrył Ameryki”, za to na stosie płonie Joanna d’Arc, właśnie otwarto sobór w Bazylei i urodził się Mehemd Drugi:). Dla porządku - wg kalendarza żydowskiego mamy rok 5770 (archeolodzy z galaktyki XKLgai38cn odkrywają w przestrzeni międzyplanetarnej kawałki Ziemi, drobiny murów dubrownickich, oraz nienaruszony układ z Dayton…:);
*
Wracając do meritum: terminy religijnych świąt muzułmanów wyznacza kalendarz księżycowy (ma 354 dni), w związku z czym mają one charakter ruchomy, tzn. ulegają przesunięciu o 10 lub 11 dni do tyłu, (kolejny Ramazan przypadnie więc na początek sierpnia);
W odróżnieniu od dni, miesięcy w kalendarzowym roku mahometan, jest dokładnie tyle ile w „naszym” - czyli 12, ale już dni w poszczególnych miesiącach na zmianę 30 i 29;
Pierwszy rok islamskiego kalendarza to rok Hidżry, ucieczki - tak w szkole uczyli:) - Proroka Mahometa z Mekki do Medyny (622); dlatego też każdy numerowany rok kalendarza muzułmanów oznacza się literkami AH, z łac. Anno Hegirae („w roku Hidżry”);
*
Pokazywane w tv „spektakularne” sceny podążających do Mekki mas wyznawców Allacha, oraz rytualny ubój zwierząt ofiarnych sprawiły, iż Kurban Bajram (Id Al-Adha), a także obchodzony 70 dni wcześniej Ramazan Bajram (Id Al-Fitr) to dwa najlepiej rozpoznawalne przez nie-muzułmanów uroczystości religijne świata islamu.
Niewiele osób wie jednak, że prócz wymienionych „bajramów” (na których nie będziemy się teraz specjalnie skupiać, jako że coś niecoś już o nich wiadomo) muzułmanie (sunnici, bo tacy to w BiH zdecydowana większość) obchodzą również:

- Nowy Rok - 1 dnia pierwszego miesiąca – (1.Muharrem). W tym roku 7.12.; chodzi tu oczywiście o uroczystości religijne, bo świecki Nowy Rok, jak wszyscy w BiH, także Boszniacy obchodzą „po europejsku”:);

- urodziny Mahometa – 12 dnia trzeciego miesiąca (12. Rebiul-evvela), według tradycji tureckiej obchodzone też jako „święto światła” - „Mevlud Kandili”; (dygresja: pochodzące od tureckiego słowa „kandilo” to południowosłow. „lampka oliwna” itp. migocące cudeńka, prawie „żarówka” (žarulja) – a Žarulja, jak wiadomo, to imię krowy Nikoli Tesli:) – patrz: Karlovac śnić…:);

Mahomet urodził się w 571 r. n.e., muzułmanie tego dnia zbierają się w meczecie na tzw. mevludzie, które to słowo oznacza zarówno „narodziny”, jak i każde większe zebranie wiernych w świątyni;

Niestety nie pamiętam, aby w Bośni obchodzono je tak „świetliście” jak w Turcji, ale za to w BiH „mamy” inne, szkoda tylko że z wojną związane, święta religijno- patriotyczne jak ustanowiony przez IZ (Islamska Zajednica) Dzień Meczetów, zawsze 7.maja, na pamiątkę zburzenia w 1993r. meczetu Ferhadija w Banja Luce, Dzień Diaspory Boszniackiej (17 dnia ramazanu), oraz Dzień Szehidów (2 dzień Ramazan Bajram), czyli Dzień Bohaterów – czego, chyba mówić nie trzeba;
*
- każdy piątek tygodnia – od tego w sumie należało zacząć; to dzień stworzenia Adama, odbywa się wtedy najważniejsza w tygodniu modlitwa o wdzięcznej nazwie Džuma; ważny jest zwłaszcza ostatni piątek Ramazanu;
*
Do duchowej tradycji muzułmanów należą też tak zwane „święte noce”:

- Lejletu’l-regaib - Noc Poczęcia Proroka Mahometa (bosn.Noć želja i nadanja, dosł. Noc Życzeń i Nadziei) – w pierwszy czwartek siódmego miesiąca (redžeb); poczęcia cudownego rzecz jasna – dokonanego przy pomocy światła, które do łona matki Proroka - Aminy dotarło z czoła jego ojca. W noc tę muzułmanie modlą się o spełnienie życzeń (swoich:).
*
-Lejletu’l-miradž – Noc Podróży Niebiańskiej Proroka (bosn.Noć uznesenja, dosł. Noc Wniebowzięcia) – 26 dnia siódmego miesiąca (redžeb), kiedy muzułmanie wspominają niebiańskie wojaże Muhameda, który ponoć dokładnie roku pańskiego 621-go dosiadając swego uskrzydlonego wierzchowca Buraka dotarł do meczetu El-Aksa w Jerozolimie, gdzie spotkał (spotknie na szczycie chciałoby się rzec:) Abrahama, Mojżesza i Jezusa – Isę (który według islamu, przypomnijmy, był jednym z bardziej poważanych proroków, „znakiem, duchem Bożym”);
przewodnikiem Mahometa był anioł (melek - uwielbiam to słowo:) - Džibril, choć islamscy mędrcy do dziś toczą spór o to, czy niebiańskie wędrowanie Proroka nie jest li tylko zwykłą metaforą oznaczającą jego wędrówkę duchową.

Mędrcem nie jestem, ale osobiście opowiadam się za duchową, nie-komercyjność tego święta wskazuje na to, że Prorok na Buraku nigdy nie natknął się w zaświatach na zaprzęg Świętego Mikołaja:); w przeciwnym razie już z początkiem piątego miesiąca w supermarketach pojawiłyby się latające dywany:)

W każdym razie jednym z efektów niezwykłej podróży Mahometa było ustanowienie obowiązku pięciokrotnej modlitwy (namazu) w ciągu dnia.
To także tzw. Dzień Vakufu, czyli dobrowolnych (raczej większych niż mniejszych) darowizn na rzecz, ujmując rzecz patetycznie, przyszłych pokoleń.
*
- Lejletu’l-berat – Noc Pokuty (bosn. Noć čišćenja grijeha) – 14\15 dzień ósmego miesiąca (ša’ban); w islamie nie ma spowiedzi indywidualnej, nie ma bowiem pośrednika między wiernymi a Bogiem, tak więc raz w roku podczas tzw.tevby, czyli kolektywnej pokuty, wierni modlą się o odpuszczenie grzechów; to także element przygotowań do ramazańskiego postu;
*
- Lejletu’l-kadr – Noc Przeznaczenia (bosn. Noć sudbine) – 27 dnia dziewiątego miesiąca (ramazan), choć nie jest jasno określone, która to - owa Kadr - konkretnie noc, wiadomo tylko, że ostatniej dekady miesiąca; to „noc ważniejsza od tysięcy miesięcy”; wtedy, jak wierzą muzułmanie, Mahometowi objawione zostały pierwsze wersety Koranu. Tej nocy „meleci” (anioły) otwierają księgę losu każdego człowieka i całej ludzkości zapisując jej przeznaczenie na kolejny rok; szczery żal za grzechy przynosi ich odpuszczenie.

*
Jeszcze inne (z wybranych tu ważniejszych) świąt islamu to:

- Dzień Ašury – 10 dzień muharrema, kiedy wg tradycji na górze Ararat osiadła Arka Noego; ašura to także nazwa potrawy, z kilkudziesięciu składników warzywno-owocowych, przygotowywanej na tę okazję (z resztek znalezionych w Arce przygotowano podobną), choć objadanie się nie należy w tym czasie do dobrego tonu, zalecany jest za to dwudniowy post (9\10 lub 10\11 muharrema);

- Šebi Arus – obchodzony w BiH od 50 lat, dzień wspomnienia śmierci wielkiego poety i mistyka sufickiego Mevlany Dżelaludina Rumiego, który zmarł przed 734 laty; w całym muzułmańskim świecie z tej okazji (w tym roku 17.12) odbywają się uroczystości - wykłady, modlitwy w meczetach i tekijach, czyli muzułmańskich klasztorach.
Dla przypomnienia – rok 2007 był przez UNESCO ogłoszony Rokiem Rumiego;
*
Tyle wykładu na dzisiaj. Ładne, prawda? Gdyby tylko nie ten bajramowy zwyczaj zarzynania zwierząt, który nie podoba się baranom – ani tym prawdziwym, ani tym zodiakalnym…:)

wtorek, 9 listopada 2010

Schengen mubarek olsun!



Tymi to słowy jeden z bh.internautów powitał wieść o ZNIESIENIU WIZ DLA OBYWATELI BOŚNI i HERCEGOWINY!:)
*
Dokładnie od 15.12.2010 Bośniacy, rzecz jasna ci, którzy do tej pory byli posiadaczami wyłącznie paszportu BiH:), nie mają obowiązku posiadnia rzeczonego dokumentu przy wjeździe do krajów strefy Schengen:). Ich legalny - „bezwizowy”, pobyt w tych krajach (podobnie jak obywateli Schengen w BiH) nie może przekroczyć 90 dni.
*
- Dziękuję za wiadomość… - umarła z radości znajoma z Sarajewa:)…; fakt przydałoby się teraz trochę grosza na podróże małe i duże, ale faktem jest, iż wczorajsza decyzja Komisji Europejskiej ma przede wszystkim dla BiH ogromne znaczenie psychologiczne. Nawet bardziej dla BiH niż dla Albanii, która tak samo od wczoraj cieszy się z EU-ropejskiej dezycji.
*
Decyzja o ruchu bezwizowym dla BiH i Albanii (jak doniosło, uwaga – Polskie Radio:), nie była jednogłośna – sprzeciw wyrażały Holandia (krótką mają pamięć Holendrzy, czy co?), oraz Francja. Oczywiście z obawy przed napływem imigrantów (którzy i tak już tam są:), a ci co nie są, już raczej nie będą, bo „nie mają nawet na tramwaj”:)…
*
Tak więc jedni świętują, inni narzekają, że im „na autobus brakuje”, ale co by na ten temat nie mówić - cieszy nas ta wiadomość!:) Jesteśmy NA TAK!:)

czwartek, 7 października 2010

Wybory w BiH 2010

Już dawno nie wymyśliłam tak nieciekawego tytułu, choć to, o czym dziś donoszę wcale nudne nie jest. Przynajmniej dla mnie. I chociaż praw wyborczych w BiH nie posiadam (prócz prawa obserwatora, którego sam Dodik mi nie odbierze:) to przyznaję, że czekałam na te wybory (teraz czekam na spis ludności 2011:), co bardziej zgryźliwi Bośniacy pewnie powiedzieliby, że tylko ja…:), co oczywiście nie jest prawdą, bo liczyli na nie również wszyscy tegoroczni zwycięzcy (niektórzy się przeliczyli, ale o tym za chwilę).
Od paru dni próbuję przegryźć się przez liczne komentarze i jakoś ogarnąć ów powyborczy chaos; wobec tego od początku:
03.10.2010 w Bośni po raz kolejny od zakończenia wojny odbyły się demokratyczne wybory parlamentarno-samorządowo-prezydenckie;
3,1mln uprawnionych do głosowania obywateli drogiej nam BiH spośród 8149 kandydatów wybierało:

- trzyosobowe Prezydium BiH (czyli kolegialnego „szefa państwa” = przedstawicieli trzech konstytutywnych narodów)
- posłów do Parlamentu BiH (Parlamentarna Skupština BiH, w skaład której wchodzi 28 przedstawicieli FBiH i 14 z RS)
- posłów do parlamentów obu „entitetów” (Parlamentarna Skupština FBiH [98] i Narodna Skupština RS [83])
- Prezydenta RS (Predsjednik Republike Srpske)
- władze kantonów (jednostek administracyjnych FBiH);
*
Frekwencja wyborcza (co w BiH zawsze stanowiło poważny problem) wyniosła ok.56%.
Teraz fanfary!:) Dla „Komšy” i jego ekipy - partii SDP. To główni wygrani tegoroczej zabawy.
Željko Komšić (ok.60%) bezapelacyjnie zwyciężył swoich konkurentów i po raz drugi został chorwackim członkiem Prezydium BiH. Gratulujemy!:)
Przy okrągłym stole w gabinecie Prezydium zasiądzie razem ze swoim dotychczasowym kolegą z RS – Nebojšą Radmanoviciem (SNSD, ok.50%), oraz – surprajz!:) Bakirem Izetbegoviciem (SDA, ok.35%), który zastąpi na stanowisku ha-ha-ha!:)-Harego Silajdžicia (SBiH) – to ten co się przeliczył. Mam nadzieję, że Izetbegović junior (syn… ojca – swojego oraz narodu) stanie na wysokości zadania i nie zatęsknimy za Harim zbyt szybko… (na razie obiecał współpracę z Serbami z RS - Bakir, nie Hari).
*
Mimo pesymistycznych przewidywań nie do końca sprawdziły się prognozy wróżące tradycyjną wygraną wszystkich partii narodowych. Fakt, nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że sytuacja jest różowa, ale wyraźna przewaga SDP (Socijaldemokratska partija) partii programowo nie-narodowej, wskazuje na jakiś (choćby śladowy) postęp jaki dokonał się w głowach wyborców. To cieszy. Choćby porażka HDZ miała oznaczać li tylko rozczarowanie bh. Chorwatów „skutecznością” w budowie „trzeciego entitetu” (a rodacy z RH z pomocą raczej nie pospieszą; prezydent Josipović wybory skomentował, acz z dystansem, rozbrajając mnie przy okazji stwierdzeniem, iż sprawy idą ku lepszemu, bo tym razem na Komšicia w BiH głosowali także… Chorwaci:).
Zaraz za SDP drugie i trzecie miejsca zajęły SDA i wspomniana HDZ; do bośniacko-hercegowińskiego „sejmu” powinny wejść także: SDS (Srpska demokratska stranka), PDP (Partija demokratskog progresa), DNS (Demokratski narodni savez), DNZ (Demokratska narodna zajednica), SBB (Savez za bolju budućnost), SBiH (Stranka za BiH) i koalicja HDZ1990-HSPBiH;
„ Sukces” pozostałych ugrupowań (w tym Našej stranki) to z ledwością przekroczone 3% głosów.
Wg jednego z internautów (sarajevo-x.com) PSBiH po wyborach powinna wyglądać tak:
*

*
Nie da się (niestety) nie zauważyć i sukcesu niejakiego Milorada z Laktaša, albowiem dotychczasowy premier Republiki Serbskiej został tejże prezydentem. Nie gratulujemy!:)
Dodik z ponad 53% poparciem zdecydowanie pokonał swego rywala Ognjena Tadicia (37%). Także rodzima partia b.premiera - SNSD zdobyła większość głosów zarówno w Parlamencie BiH, jak i w skupštinie RS.
Tyle, jeśli chodzi o ogólny obraz „po bitwie”. A co się tyczy detali, o nich będziemy się jeszcze dowiadywać. Na przykład nie do końca jasną jest sprawa z nieważnymi głosami, których naliczono do tej pory ok.120.000. Problem dotyczy głównie głosów oddanych w wyborach do Prezydium BiH; tu liczba pustych kart do głosowania wyniosła ponad 9% (dot. wyboru serbskiego członka PBiH) oraz ponad 6% (w przypadku wyboru na przedstawiciela Boszniaków i Chorwatów).
Podobnie rzecz ma się z wyborami prezydenckimi w RS, gdzie kart nieważnych także było ponad 6%.
Kwestię tą, jak twierdzi przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej BiH (CIK BiH) Irena Hadžiabdić można traktować jako swego rodzaju „bojkot wyborów” z powodu dyskryminujących zapisów w prawie wyborczym BiH (na przykład opisywanego u nas wcześniej, przypadku dyskryminacji mniejszości narodowych w wyborach do Prezydium). Lider PDP już ostro oprotestował wybór Radmanovicia do PBiH, jego rywal bowiem (Mladen Ivanić, z rzeczonej PDP właśnie) do końca szedł z przedstawicielem SNSD łeb w łeb przegrywając z nim tylko o niespełna 2%.
***
Na koniec jeszcze muszę (tzn. nie muszę ale chcę:) się czepić – dziwnych sformułowań, które znajduję często w polskich mediach, kiedy wreszcie coś na temat Bałkanów zdecydują się przekazać. Za to drugie oczywiście im chwała, a co do pierwszego – chała:). Abstrahując od stwierdzeń typu „społeczność bośniacka” gdy mowa o Boszniakach, „autonomiczne jednostki państwowe” gdy mowa o entitetach i tym podobnych detali w sumie jeszcze do przełknięcia, zawsze najbardziej denerwuje mnie retoryka (a czasem i ton) czytanych doniesień, tak jakby ich autorzy (nawykli, że przecież jak Bośnia to wojna) przekazywali je prosto z frontu. Tym razem ubawiły mnie: „umiarkowane siły, które wygrały w muzułmańskiej części Bośni” (niech no ja tylko dam cynk Hercegowinie); ale naprawdę ciśnienie zawsze podnosi mi tekst: „przywódca Serbów bośniackich Milorad Dodik”. Nie premier, nie prezydent, nie przewodniczący, lecz "przywódca" (vide: „przywódca Serbów bośniackich Karadžić”…, czy słyszał kto kiedy o „przywódcy bośniackich Chorwatów Željku Komšiciu”?); oczywiście koniecznie z dopełnieniem - „Serbów bośniackich” – bo przecież wszyscy Serbowie w RS kładą się spać z portretem Dodika pod pachą:). Poza tym wiadomo - „Serbowie bośniaccy” to zło wcielone i mamy potem takie kwiatki, jak w jednej z czytanych niedawno przeze mnie relacji (przepraszam, nie pomnę portalu) z podróży do BiH jakiegoś polskiego turysty, który rekomendował wizytę w Mostarze i obejrzenie Starego Mostu, „który podczas wojny zburzyli Serbowie”:).
Fakt, sytuacja w kraju daleka od normalności, ale dla tych co przespali – wojna w Bośni skończyła się 15 lat temu.

Tym czepialskim akcentem chwilowo zakańczam:).
*
p.s. przepraszamy za brak relacji z wyborów na żywo, ale nasza korespondentka k., która w dniu wyborów przebywała w BiH, obchodziła wtedy pewną miłą rocznicę i twierdzi, że nic nie pamięta :); (a potem wjechała do sąsiedniego kraju na H. i stwierdziła, że już jest za granicą, a tam wieści z BiH nie docierają...:)
*
p.s.2 byłabym zapomniała - wyborcze wieści można sledzić tu www.izbori.ba, liczenie głosów wciąż trwa...

Źródła: e-novine, sarajevo-x.com, wiadomości24, polskatimes, onet.pl;

wtorek, 24 sierpnia 2010

Ba.rdzo dużo fotek

Nie piszemy ostatnio za wiele, z prostego powodu - częściej jesteśmy tam niż tu. Dlatego na razie jeszcze, jako mały przerywnik, załączamy kilka zrobionych w biegu po Balkanu bh.fotek.
*
Co prawda trwa Ramazan (tego roku zaczął się 11.08, przy okazji - Ramazan mubarek olsun!)...

...ale, chwała Allachowi, niektórzy mogą grzeszyć legalnie, tak więc dzień zaczynamy tradycyjnie... (Mostar, 08.10)


... i poszły konie po... Starym Moście

*
...szły, szły aż dotarły nad Miljackę:). Koszary "Jajce" (Kasarna Jajce) z pocz. 20w., podczas I wojny przeniesiono tu szpital wojskowy z miasteczka Jajce, stąd ta wdzięczna nazwa. Wieść gminna niesie, że w planach jest otwarcie w obiekcie luksusowego kasyna.


Niezbyt szczęśliwe (według mnie) połączenie starego z nowym. Hotel "Saray" i na wzniesieniu fragment twierdzy Bijela tabija (18-19w.) - obecnie m.in. scena teatralna pod gołym niebem; niegdyś armatnie wystrzały z twierdzy ogłaszały sehur i iftar w czasie Ramazanu, a także egzekucje na nieprzyjaciołach władzy państwowej. Stara sarajewska anegdota mówi, jak to słysząc wystrzał z twierdzy żona pewnego tragarza zwróciła się doń z ulgą "Chwała Bogu, jesteś nikim!"
*


Cerkiew soborowa Przenajświętszej Bogurodzicy, w Sarajewie rzecz jasna (19w., arch. Andrija Damjanov). Do budowy świątyni przyczynił się i sułtan Abdul Aziz darując nań 500 dukatów.
*

Sarajewska Vijećnica (19w.), symbol miasta. Potwornie zniszczona budowla pierwotnie stanowiła siedzibę władz miasta, potem biblioteki, obecnie w remoncie. Jakiś bogaty sułtan by się przydał...:)
*


Stara cerkiew prawosławna (Stara pravoslavna crkva) św. Michała Archanioła i Gabriela (16-18w.). We wnętrzu znaleziono zmumifikowane zwłoki nieznanego chłopca, legenda mówi ze został zabity przez złą macochę; kościół stał się miejscem modlitw niepłodnych kobiet.
*

A po przeciwnej stronie ulicy - Muzeum Żydowskie we wnętrzu tzw. Starej Świątyni (Stari Hram) lub Il Cal Grandi, zbudowanej przez sarajewskich Żydów sefardyjskich w 16w.
*

to także Muzeum Żydowskie...

... a w nim kopia największego zabytku starego piśmiennictwa żydowskiego w BiH - sarajewska Hagada (15w.);
*

Za co kochamy Bałkany?:) Do meczetu zasadniczo wchodzę bez broni... :)


Piękny szadrvan, czyli studnia przy której wierni dokonują rytualnego obmycia (się:); dziedziniec meczetu Gazi Husrev-bega (16w.);


*
Meczet (jakich w Sarajewie wiele, można by rzec). Duradżik Hadżi Ahmed dżamija (pocz.17w.)
* Cóż, namaz, paciorek, i w drogę... :) (u góry mezar przy meczecie Gazi-bega, u dołu Medjugorje);

*

I jesteśmy, na naszym ulubionym skrzyżowaniu, zakaz zatrzymywania się i postoju nas nie dotyczy, znak stopu - obowiązkowo! W przeciwnym razie ominą nas...


...takie widoki. Neum, 08.10;
*
Oczywiście nie mogło zabraknąć wątku kociego :), Mostar, 08.10.
*



A na koniec z całkiem innej beczki, a raczej bunkra. W jednym z nich w albańskim Muriqan zagnieździły się gołębie:). Trudno o bardziej wymowny symbol ...





















wtorek, 15 czerwca 2010

Te co skaczą i fruwają na Bałkanach...

...czyli parę zwierzo-fotek na dowód, że żyjemy pozostając w lekko wakacyjnym nastroju... Czy można skuteczniej zresetować umysł, niż głaszcząc małego ślicznego kotka... na Bałkanach:)?

na przykład takiego:)...
po lewej chorwacki kotek z Zagrzebia, po prawej chorwacki kotek z Szibenika
Koty "śmietniskowe" z Szibenika...
*
Mewa, podaj łapę... (Rovinj, Chorwacja)

*

Znajoma kocia kolonia z Kotoru (Czarnogóra)






***


U góry i u dołu (choć na dachu, czyli u góry:) pawie w sv.Naum (Macedonia)


*

Bardzo zdziwiony kotek na ruinach antycznych term w Durres (Albania)
*

Przesławny Gundulić opiewał niegdyś zwycięstwa nad Turkami, w nagrodę do dzisiaj cieszy się sympatią chorwackich gołębi, Dubrovnik;

Gołębie chorwackie, hotel ponoć turecki, Dubrovnik;



Sjesta je zakon!:) Siesta rzecz święta..., Dubrovnik;

Chorwacki kotek w dubrownickiej katedrze zasnął na tureckim?!:) kazaniu...


***
wszystkie zdjęcia - maj\czerwiec 2010;