Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w bośniackim tyglu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w bośniackim tyglu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lutego 2012

Andzia w bośniackiej mgle, czyli na Bałkanach bez zmian

To nie będzie recenzja filmu. Nie tylko dlatego, że trudno pisać recenzję czegoś, czego się nie widziało, ale dlatego, że to co dzieje\-ało się wokół reżyserskiego debiutu holywoodzkiej gwiazdy jest znacznie ciekawsze, i więcej mówi o sytuacji w BiH, i u sąsiadów, niż sam film. (Opinie polskich recenzentów po pokazie w Berlinie można odnaleźć bez trudu).
Na portalach serbsko-chorwacko-bośniackich natomiast właśnie wygasają ostatnie emocje związane z premierami filmu w Bośni i Chorwacji. Wystarczy pobieżnie przejrzeć tytuły więkoszości „artykułów”, by zorientować się, iż nie o film tu chodzi, i że całe zjawisko pt. Angelina w Bośni, stanowi świetny materiał bardziej dla socjologów wszelkiej maści niż znawców sztuki filmowej.
Ale od początku:
Andzia przyjechała do BiH jakieś półtora roku temu, spotkała się z ofiarami wojny w BiH i wstrząśnięta ich opowieściami postanowiła zrobić film, o czym pisała swego czasu kolezanka po blogu http://www.mojesarajevo.blogspot.com/2010/10/nasza-angelina.html

Potem Andzia zrobiła film (na Węgrzech).
Potem chorwacki dziennikarz, o typowo chorwackim nazwisku Braddock, oskarżył Andzię o plagiat. (Po czym pomyślałam sobie, że nie zdziwiłabym się, gdyby to była część promocji filmu, wymyślona przez Andziowych PR-owców:)
Potem Andzia pojechała do Rade Šerbedžiji na chorwackie Brijune.
Potem ogłoszono, że „jest już tytuł” filmu; (jakiś „językoznawca” połączył dwa tureckie słowa „bal” i „kan” („krew” i „miód”) dodał dwa do dwóch i wyszło mu Balkan:)
Potem ogłoszono, że „jest już trailer”.
Potem ogłoszono, że „film będzie pokazywany w lokalnym języku”. Andzia powiedziała, że tak jest autentyczniej. (Potem słyszałam angielski akcent Gorana Kosticia, faktycznie - "tak jest autentyczniej…" :)
Potem ogłoszono, że „jest już plakat”.
Potem Angie film pokazała w Sarajewie na specjalnym seansie dla członków organizacji zrzeszających ofiary i rodziny ofiar wojny.
Potem większość serbskich mediów (bez oglądania filmu) obwieściło, że film jest antyserbski.
Potem boszniackie media od razu były zachwycone.
Potem, zanim sam książę z Laktaša Milorad D. sam wpadł na ten pomysł doniosły, że Mile zabronił pokazów filmu w Republice Serbskiej.
Potem ci sami, którzy nie pozwolili Andzi na robienie filmu w Bośni, byli zachwyceni.
Potem Mile wieść o zakazie zdementował. Zdementowały boszniackie media.
Potem Mile filmu pokazywać zabronił.
Potem bośniackie media doniosły, że Andzia (rekord?) osiem godzin (bez przerwy?) mówiła o swoim filmie dla amerykańskiego Newsweeka.
Potem nastąpiły premiery w Nowym Jorku i Losie Andżelesie.
Potem amerykańskie recenzje były średnie, a recenzenci zastanawiali się, dlaczego Andzia zrobiła film na temat, który i 20 lat wcześniej nikogo nie obchodził…
Potem boszniackie media znów były zachwycone.
Potem wszyscy pisali jak pięknie Andzia wyglądała, jaka okropna ta wspólnota międzynarodowa, jacy dobrzy ci bośniaccy aktorzy, i jaką to świetną rzecz zrobili dla swego kraju.
Potem serbskie media znów nie były zachwycone.
Potem Andzia wywiadów udzielała, mówiła i mówiła, tłumaczyła się i tłumaczyła (że film „trudny i brutalny”, że „nie antyserbski”), a na pytanie czy zaadoptuje dziecko z Bośni, jak się to pięknie mówi po naszemu, „została bez tekstu”.
Potem z RS nadeszły wieści, że „ten film to śmieć”.
Potem Mile Dodik oświadczył, że nie ma nic przeciw projekcjom filmu w RS.
Potem Andzia dostała w USA nagrodę za działalność humanitarną.
Potem Andzia dostała nominację do Złotego Globa. Globa nie dostała.
Potem film wyświetlano w Sarajewie podczas tygodniowych „ekskluzywnych” pokazów.
Potem w internetowych mediach FBiH nie ukazała się ani jedna klasyczna, rzeczowa recenzja filmu boszniackiego autorstwa, ogłoszono, że „film jest wstrząsający i pokazuje prawdziwy obraz wojny”.
Potem ogłoszono, że film jest „dobrą promocją dla BiH”.
Potem Andzia oświadczyła, że kolejny film zrobi o Afganistanie. (Potem przeczytałam komentarze „zachwyconych” tym faktem Bośniaków. Cytować nie będę.)
Potem Andzia i Zana Marjanović rozmawiały w Białym Domu z Barackiem Obamą.
Potem nie wiadomo, czy wzruszony prezydent znalazł Bośnię na mapie, czy nie…
Potem Rade Šerbedžija oświadczył, że po premierze w USA nie podał ręki generałowi Clarkowi.
Potem Andzia opowiadała, jak z tym samym generałem Clarkiem konsultowała szczegóły militarnych aspektów filmu.
Potem Andzia z Bradem hopsali w rytm bałkańskiej muzyki na przyjęciu u Šerbedžiji.
Potem gruchnęła wieść, że Andzia podczas kolejnej wizyty w BiH zażąda likwidacji Republiki Serbskiej.
Potem nastąpił medialny lincz Angeliny w serbskich i serpskich tabloidach, o czym natychmiast z radością doniosły media FBiH.
Potem Andzia (nie wiadomo czemu:) zdementowała sensację o likwidacji RS.
Potem (a miało być tak pięknie:) RS nie została zlikwidowana.
Potem Andzia dostała globusa i nie wytrzymała nerwowo, a „Brad Pitt przyłapał ją płaczącą pod prysznicem”…





Potem jeden z internautów zdenerwowany medialną obecnością Andzi wszędzie, ale to wszędzie, zapytał w komentarzu, czy nie wiadomo przypadkiem czy Andzia - za przeproszeniem - "pod tym prysznicem nie puściła bąka"...
Potem Andzia pojechała na Berlinale. Andzia wzbudziła zachwyt. Film nie.
Potem Andzia poszła z dziećmi do Legolandu.
Potem na sarajewskim lotnisku wylądował samolot z Andzią.
Potem Andzia wyszła z samolotu.
Potem Andzia wsiadła do samochodu. (Wcześniej trochę pomachała łapką:)
Potem była konferencja prasowa.
Potem Andzia wywiadów udzielała, mówiła i mówiła, tłumaczyła się i tłumaczyła, że „artystyczna interpretacja, a nie dokument”, że to i sio, i że bardzo lubi Serbów. Bo oni tacy mądrzy są, potrafią „myśleć samodzielnie”, a nie tylko te tabloidy czytać.

Potem (lub przedtem – nie wiem, bo już straciłam rachubę:) zdarzyło się coś naprawdę fajnego. Jedna z internautek, mieszkanka Prijedoru w Republice Serbskiej oświadczyła w internecie, że ma dość Dodikowej dyktatury i organizuje nielegalną premierę filmu w swoim domu:). Film początkowo zamierzała ściągnąć z netu, lecz Andzia wzruszona tym faktem wysłała jej legalną kopię:). Premiera\y doszła\y do skutku. Recenzje publiczności nie były takie złe. Ucieszona zdarzeniem Jasmila Žbanić stwierdziła, że „to najlepsze, co nam się przytrafiło od czasu podpisania porozumienia z Dayton”, parafrazując kuriozalne oświadczenie ef. Cericia, że „film Jolie to najlepsza rzecz, jaka zdarzyła się Bośni od podpisania porozumienia z Dayton”, które to wygłosił po sarajewskiej premierze…

Bo potem była premiera.
I wszyscy tam byli. Oprócz serbskiego członka Prezydium BiH i ambasadora Serbii.
Potem był aplauz.
Potem Andzia płakała i dziękowała po bośniacku.
Potem nastąpiła w mediach krótka, acz żywa dyskusja, czy istnieje język bośniacki.
Potem Andzia wsiadła do samolotu.
I fruuuuu… poleciała. (Wcześniej trochę pomachała łapką)
Potem na premierę do Zagrzebia.



Potem niezastąpiony mer Zagrzebia Milan Bandić popełnił freudowski błąd twierdząc, że najbliższy z Andziowych filmów jest mu właśnie "W kranie krwi i mięsa".
Potem był red carpet, autografy i aplauz, a chorwackie „gwiazdy” się zwierzały, kogo zaproszono, a kogo nie, i że za późno zaprosili, a przecież jakoś ubrać się trzeba.
A Andzia wyszła po pierwszych minutach filmu i tyle ją widzieli.
Potem Vedrana Rudan znów poszła o jeden most za daleko, i w swym fanatycznym stylu napisała na blogu, co myśli o Andzi. Przeczytałam. Źle myśli. Chyba też coraz gorzej z jej głową, bo potem zrobiło mi się niedobrze.
Potem nie było premiery w Belgradzie. I nie będzie. Atmosfera nie ta.
Potem film nie był wyświtlany w kinach w RS.
Potem Marjana Karanović telewizyjnym programie „Žene” jak zawsze uratowała honor tych Serbów, którzy jeszcze „potrafią myśleć samodzielnie”.
Potem, jak Andzia wyjechała, zrobiło się tak pusto i nudno, więc na koniec jedno medium FBiH zapodało, że na murze w Banja Luce wykwitło graffiti obraźliwe dla Andzi i Pitta.
Potem Mile stwierdził, że film nie jest zakazany w RS...
Potem Severina urodziła syna.

A potem przyjdzie Pjer Žalica i zrobi „Gori vatra 2”.
*
(chaos w dzisiejszym poście sponsorowały: sarajevo-x.com, index.hr, jutarnji.hr, vijesti.ba, radiosarajevo.ba, oslobodjenje.ba, kurir-info.rs, novosti.rs i inni… :)

środa, 16 lutego 2011

Oscar i Schindler

Parę dni temu klikam ci ja na moje ulubione e-Novine, wszechYUgosłowiański portal niezależny w nieustającym kryzysie pieniężnym i czytam, że jedna z amerykańskich organizacji pozarządowych sprezentowała dzielnym redaktorom grant, który zapewnić miał szanownemu portalu środki na bieżące potrzeby, tym samym na przetrwanie (przez czas pewien).
Niestety radość nie trwała długo, bo jak nie urok to…piii, lub przemarsz wojsk. Tym razem, już następnego dnia po ukazaniu się radosnej wieści, po portalu „przemaszerował” słynny zdobywca Oscara rodem z Sarajewa – Emir Nemanja Kusturica. Reżyser wniósł pozew do sądu oskarżając belgradzki portal i jego naczelnego Petara Lukovicia o zniesławienie oraz przyczynienie się do jego „cierpień psychicznych”, jakie wywołał u niego tekst, kilka dni wcześniej opublikowany przez e-Novine.

Artykuł, który pierwotnie ukazał się na równie zacnym portalu www.pescanik.net, traktuje o czarnogórskim kryminaliście Veselinie Vukoticiu. W tekście Kusta wcale nie gra głównej roli, wspomniany jest „jedynie” jako przyjaciel rzeczonego Veselina V., oraz jego (Kusturicy) rola swego rodzaju „łącznika” między tzw. służbami bezpieczeństwa, a ukrywającym się profesjonalnym zabójcą Vukoticiem.
Sam Kusta przyznaje, iż „poznał w życiu największych kryminalistów świata”, lecz to czy i z kim się przyjaźni jest jego prywatną sprawą.

Urażony Nemanja za swą „krzywdę” żąda odszkodowania w wysokości 20.000 Euro!
Wiedząc doskonale, iż parający się z ogromnymi problemami finansowym od początku istnienia portal nie podoła kosztom procesu, a co dopiero ewentualnego odszkodowania.
A nie zdziwiłabym się usłyszawszy o niekorzystnym dla portalu wyroku, albowiem jeden już taki „sukces” Nemanja ma swoim koncie, kiedy to 3 lata temu sąd uznał winnym krytycznego wobec Kusturicy czarnogórskiego dziennikarza (i pisarza) Andreja Nikolaidisa i zasądzając 12.000 Euro odszkodowania na rzecz reżysera z Mokrej Gory.

Dziś w mediach pojawiło się oświadczenie „pokrzywdzonego”, iż rzeczone 20.000 Euro przeznaczy na pomoc dla potrzebujących dzieci. Jednocześnie Niezależne Stowarzyszenie Dziennikarzy Serbii stwierdziło, że w gruncie rzeczy chodzi tu o naciski na wolne media oraz dławienie swobody wypowiedzi.

Trudno się z tą oceną nie zgodzić, albowiem nawet jeśli Kusturica poczuł się dotknięty (do czego ma prawo) i uważa wspomniany artykuł za kłamliwy (do czego ma prawo), jako pierwszych – tak przynajmniej podpowiada logika - powinien podać do sądu autorów artykułu, ew. portal, dla którego został napisany i na jakim się pierwotnie ukazał. Tymczasem pozwane zostały e-Novine, które tekst zaprzyjaźnionego portalu „przedrukowały”, oraz ich naczelny, który nigdy swej antypatii do Emira nie ukrywał.
Do tego, a może – przede wszystkim, z pozwem Kusturica ujawnił się tuż po ukazaniu się na e-Novine informacji o dotacji z USA. Jak słusznie zauważyła jedna z komentatorek, trudno się oprzeć wrażeniu, iż Kusta po prostu czekał na odpowiedni moment, by dopaść znienawidzony portal i, mówiąc kolokwialnie, mu dołożyć.

Do poczytania dostanie coś także sam prezydent Serbii Boris Tadić, do którego dzisiaj Petar Luković skierował gorzki list. We właściwych dla siebie, mocnych słowach Luković pyta prezydenta o stan wolności mediów w jego kraju (w Serbii obowiązuje prawo, na mocy którego można pozwać nie tylko medium, które jakiś sporny tekst zamawia, ale każde, które go publikuje); informuje go także o małym „antyserbskim sabotażu”, jakiego dokonał posyłając informację o sprawie Kusturica contra e-Novine do setek światowych mediów i ambasad.
„…postaramy się, by takiej Serbii narobić wstydu na wszelkie możliwe sposoby” – pisze rozgoryczony Luković.
C.d. niewiątpliwe nastąpi...

***
Dla odmiany teraz coś pozytywnego, jeśli można mówić o pozytywach w scenerii bośniackiej wojny…
Kilka dni temu wpadł mi w oko tekst nie pierwszej już świeżości, bo sprzed kilku miesięcy, który mi jakoś ups! wtedy umknął, więc historię przytaczam teraz, dla kontrastu z wyżej opisaną.

Rzecz miała miejsce w Brčko, w północno-wschodniej Bośni 1992 roku. Jeden z jego mieszkańców Enes Čelosmanović wspomina koszmar, gdy w mieście na dobre rozpoczęły się czystki, a jego muzułmańskich mieszkańców na setki zabierano do obozów i zabijano. Enes z grupą 95 ludzi został umieszczony w sali hali sportowej „Partizan”. „Żołnierze współzawodniczyli w wymyślaniu najobrzydliwszych tortur; (…) zabawiali się dodatkowo grą w ‘rosyjską ruletkę’ więźniami”. Sam Enes twierdził, że przeżył trzy takie „ruletki”.
W jednym z takich dni, gdy większość więźniów już marzyła o śmierci, do hali „weszło trzech serbskich żołnierzy; nigdy ich dotąd nie widziałem. Jeden z nich krzyknął ‘Ci ludzie będą żyć!’. Nastąpiła wielka kłótnia tej trójki z pozostałymi. Słyszałem jednego z nich jak rozkazuje, aby „podstawić autobus”. Po pewnym czasie rzeczywiście podjechał autobus i Enes wraz z innymi 28 osobami pojechał najpierw do Bjeljiny, potem Tuzli i wreszcie do Zagrzebia gdzie mieszka po dziś dzień.

Od tej chwili, jak twierdzi bohater historii, jego największym życzeniem było poznać i podziękować swemu wybawcy – „bośniackiemu Oscarowi Schindlerowi” – jak go nazwał. Jego życzenie po 16-stu latach od opisanych wydarzeń spełnił Denis Latin (uwielbiam!:), redaktor chorwackiego programu „Latinica”, zapraszając doń Enesa oraz… Radomira Lakicia, jak naprawdę nazywa się ów „Schindler”.
Lakić w czasie wojny był członkiem tzw. Serbskiego Oddziału Policji z Ugljevika ok. 40 km od Brčko. Słysząc o zabójstwach setek uwięzionych Muzułmanów, zdecydowanie się temu sprzeciwiał. Enes i jego towarzysze nie byli jedynymi przez niego uratowanymi, Radomir Lakić zdołał bowiem uchronić od śmierci łącznie ok.70 osób. Podobne jak Lakić zasługi ma niejaki Vinko Lazić - naczelnik policji w Ugljeviku.

Piękna ta historia ma jednak niemiły dość epilog. Wydawałoby się, że czyny takie jak te, powinny wzbudzać przynajmniej szacunek opinii publicznej. Niestety: „…wkrótce po ‘Latinicy’, Radomir i ja zaczęliśmy dostawać pogróżki. (…) [Lakić] był pierwszym, jeśli nie jedynym serbskim żołnierzem, który publicznie, pod swoim nazwiskiem, mówił o masowych zbrodniach na cywilach w Brčko. Niestety (…) sądy nigdy nie wykazały zainteresowania jego świadectwem”.

Niedługo potem Radomir Lakić został aresztowany i oskarżony o handel bronią. Jednak Enes Čelosmanović jest przekonany, iż oskarżenie jest karą za to, że Lakić „za dużo mówił”. „A nawet gdyby się i okazało – twierdzi Enes – że Lakić był powojennym szmuglerem bronią, czy zmienia to pojmowanie jego odważnego czynu - uratowania 70-ciu ludzkich żywotów?”
*


Mostar, 2010

niedziela, 6 lutego 2011

Zabić gada póki mały!

Czy pamiętacie Azriję Mahmutović? Tak, to ta pani z awersją do Dziadka Mroza:)
Kilka dni temu decyzją władz Kantonu Sarajewo kontrowersyjna pani Azrija została zwolniona ze stanowiska dyrektora Publicznego Zakładu „Dzieci Sarajewa” (Javna ustanova ‘Djeca Sarajeva’). Minister edukacji kantonu Emir Suljagić tłumaczył, iż decyzja powodowana była „ochroną interesu publicznego”. Cokolwiek to znaczy - wszem i wobec wiadomo, że za rządów byłej już dyrektorki „źle się działo „Dzieciom Sarajeva”; pani Mahmutović w 2008 roku bezprawnie wprowadziła lekcje religii do sarajewskich przedszkoli, przy okazji rozprawiła się z Dziadkiem Mrozem:), a w czasie kampanii wyborczej na budynkach sarajewskich przedszkoli pojawiły się plakaty promujące polityków „jedynie słusznej” boszniackiej partii narodowej SDA; pani Mahmutović jak się podejrzewa „pomniejszyła” również budżet zarządzanej przez siebie instytucji o ponad 4tys. euro.
Rodzice od dawna żądali zwolnienia A.M., co mimo kilkakrotnych prób udało się dopiero przed paroma dniami.
Sama zainteresowana w dniu dymisji przebywała na urlopie za granicą, przy okazji „zapomniawszy” zostawić w kraju klucze do własnego gabinetu, wobec czego nowo mianowana dyrektor Vasva Jajetović musiała tenże forsować w asyście policji.

Nauka religii w szkołach to w BiH, podobnie jak w Polsce, temat zawsze aktualny, a różnorodność kulturowo-religijna oraz powojenne dziedzictwo bh. narodów sprawia, iż kwestia ta w Bośni jest skomplikowana po wielekroć, albowiem wiąże się nieodłącznie z pojęciem, najczęściej źle rozumianego, patriotyzmu.

Tytułem przypomnienia: religia do bh. szkół została wprowadzona jeszcze w 1994 roku. Tak jest do dzisiaj, zarówno w FBiH jak i w Republice Serbskiej, gdzie zgodnie ze składem etnicznym wykłada się głównie religię prawosławną (oczywiście dla dzieci serbskich); teoretycznie istnieje możliwość organizownia lekcji religii zamieszkujących w RS „mniejszości narodowych”, w praktyce prawosławie jest czymś w rodzaju „religii państwowej”.
Jako że w Federacji niemożliwe jest, aby „państwowym” stało się któreś z wyznań –politykę edukacji religijnej w FBiH dyktują poszczególne kantony, dlatego też w niektórych kantonach religia w szkołach jest przedmiotem obowiązkowym, w innych fakultatywnym, a jeszcze w innych uczniowie (rodzice?) wybierają pomiędzy religią a historią religii (kulturą religii), z której to programem (i wprowadzeniem do nauczania) po dziś dzień istnieją spore problemy.
Do tego dochodzą różne warianty oceniania\nieoceniania oraz wliczania\niewliczania oceny z religii do średniej. Jednym słowem „bogactwo różnorodności” pełną gąbą. Niestety niewiele ma to wspólnego z prawdziwym wolnym wyborem…

Według statystyk nawet tam, gdzie przepis daje wybór, na lekcje religii uczęszcza ponad 90% uczniów (nigdzie poniżej 50%). Taki rezultat można jednak interpretować dwojako (a nawet trojako:). Jedni bezrefleksyjnie cieszą się, że tak dobry wynik oznacza, iż miejsce religii jest w szkole, bo statystyki nie kłamią, inni tłumaczą go konformizmem, wygodą i owczym pędem.
Są tacy, którzy twierdzą, że w społeczeństwie tak wieloreligijnym jak w BiH, ludzie zobowiązani są wiedzieć o sobie jak najwięcej, a szkoła jest najlepszym miejscem do zdobycia tej wiedzy; tak rozumiana religia powinna być w szkole przedmiotem obowiązkowym (w sensie poznawczym), jednocześnie fakultatywnym (w sensie doktrynalno-konfesyjnym) (Safet Haliliović, b.min.edukacji); religia wykładana wyłącznie jako doktryna przedstawia religię jako pusty system zakazów i nakazów, co sprawia, że czyni się go podatnym na ideologię i manipulacje przekonuje z kolei fra Mile Babić;
jeszcze inni (choć to mniejszość) – jak wybitny teolog muzułmański Enes Karić zastanawiają się, czy szkoła jest miejscem gdzie dziecko można nauczyć np. rytualnego abdestu, jednym słowem „czy można intymność religijnego obrzędu wyrwać z mektebu i przestrzeni meczetu i przesadzić (…) do szkolnej ławki? (…) koniec końców nie będzie to ani szkoła ani meczet”.

Jak parę lat temu pisał dla „Dani” Ermin Čengić, już w momencie wprowadzania religii do bośniackich szkół (a więc jeszcze w czasie wojny), szkoły stanowiły swego rodzaju centra rekrutacyjne członków wspólnot religijnych, którzy wkraczali w świat religii z nieznajomością obrzędów i praktycznych aspektów swojego wyznania oraz z minimalną wiedzą na temat religii ze swego otoczenia.
Między innymi dlatego już lata temu OHR zalecił BiH wprowadzenie do szkół wspomnianej „kultury religii” dla uczniów wszystkich wyznań.
To oczywiście zmniejszałoby kontrolę wspólnot wyznaniowych nad szkolnymi programami, a tym samym i nad rzędami niewinnych duszyczek… A to rzecz jasna nie wszystkim w smak.

O indoktrynacji i przeróżnych eksperymentach (nie tylko religijnych) jakie praktycznie przeprowadza się na umysłach i duszach bośniacko-hercegowińskich dzieci mówił kilka miesięcy temu Nenad Veličković w bardzo ciekawym wywiadzie dla „Slobodnej Bosni”. Znany także w Polsce pisarz obronił doktorat na temat indoktrynacji bośniackich uczniów szkół średnich i podstawowych, jakiej dokonuje się poprzez nadużycia, manipulacje, selektywny dobór treści, czy wręcz kłamstwa historyczne, tudzież nachalną serbizację\kroatyzację\boszniakizację (zależnie od potrzeb), a wszystko to w szkolnych czytankach, które w zamierzeniu mają, za przeproszeniem, urobić dzieci na dobrych wiernych i patriotów, wyłącznie jednak własnego kolektywu, który się rzecz jasna stawia nad pozostałymi.
Świeżo upieczony doktor nauk, razem ze swymi współpracownikami, prześledził, wyśledził i od czci i wiary odsądził setki manipulacji wykrytych w szkolnych podręcznikach, głównie do nauki literatury i ojczystego języka.
N.V. jest także autorem nowoczesnego podręcznika dla dzieci mającego nauczyć je samodzielnego (nie kolektywngo, pseudopatriotycznego) myślenia; niewykluczone, że taki przydałby się i w Polsce.

„Wszyscy rwą włosy z głowy nad „trzema szkołami pod jednym dachem” – mówi Veličković - a to problem marginalny, w porównaniu z tym, że mamy trzy (…) programy nauczania tak różne, że ktoś, kto chodzi do szkoły w Mostarze, nigdy nie będzie w stanie przenieść się do Trebinja [w RS]. Nasze społeczeństwo uważa, że tak jest, bo przecież rodzice tych dzieci nigdy nie zapragną się przenieść, by szukać tam pracy”. „Ważne jest – twierdzi pisarz - by dzieci nauczyły się rozpoznawać faszyzm już w zarodku. Jak w tym kawale, gdy Muja potrącił pociąg, więc potem, kiedy zapiszczał czajnik Mujo się rzucił na niego. Gdy Fata spytała go, co robi, Mujo powiedział: Zabić gada, póki mały”:)


Na koniec, by edukacyjno-religijny wątek zamknąć, oraz równowagę w bh. przyrodzie zachować jeszcze słów kilka od przezacnego fra Patra Jeleča, jednego z, jak uważam, najodważniejszych osób życia publicznego BiH. Franciszkanin, wykładowca historii i teologii franciszkańskiej w Sarajewie zastanawia się: „Czyż nie jest niepokojące, że przy tylu deklaratywnych wiernych muzułmanach, katolikach i prawosławnych jest u nas wciąż jeszcze tyle nienawiści (…) we wszystkich sferach życia” – to w wywiadzie dla „SB”, zaś niedawno dla e-Novine wyznał: „BiH jest ofiarą polityki obłudy”, przypominając przy okazji niewielką aferę, jaka miała miejsce przed końcem zeszłego roku.

Otóż nie tylko polski Kościół miał kłopoty z Komisją Majątkową. Przed dwoma miesiącami sarajewskim „światem katolickim” i głową tegoż „świata” kardynałem V.Puljiciem wstrząsnęła decyzja Sądu Okręgowego o wysiedleniu tegoż (kardynała) ze swojej siedziby; część budynku, który obecnie zajmuje głowa bh. Kościoła miała zostać zwrócona byłym właścicielom. Na tym nie koniec, bo właścicielem owym okazał się niejaki Fadil Smajović – były funkcjonariusz komunistycznej „Udby” (niesławnego urzędu bezpieczeństwa, dla tych co nie wiedzieli), a jego zadaniem było szpiegowanie przedstawicieli kościoła katolickiego w BiH. Sąd na pocz. listopada zeszłego roku podjął decyzję o zwrocie części majątku mieszkającej w Kanadzie rodzinie nieżyjącego już właściciela.
Budynek po drugiej wojnie światowej nie został znacjonalizowany, a jego byłym mieszkańcom Kościół zapewnił inne mieszkania, jedynie rzeczony towarzysz Smajović odmówił przyjęcia nowego lokum i po ostatniej wojnie wyjechał za granicę.
Decyzja sądu oburzyła mieszkańców šeher Sarajeva, lecz zanim jakakolwiek przeprowadzka doszła do skutku ten zmienił decyzję i kardynał Puljić został tam gdzie był, a rodzina Smajovicia sama odstąpiła od roszczeń w kwestii należnej im części budynku biskupstwa.

Ale o co chodzi? - zapytacie zapewne. Ano, jak zawsze o walkę o „naszych”. Albowiem zanim rzecz przybrała obrót dla kardynała szczęśliwy zdążono już rzecz upolitycznić do granic wytrzymałości, zaś głównym hasłem „oburzonych” stała się stała mantra o zagrożeniu chorwackiego narodu w Sarajewie i BiH.

Jedną z niewielu (a jak się to mówi-w łonie samego bh.Kościoła, chyba jedyną) z osób, która rzecz skomentowała prosto i uczciwie był wyżej wymieniony fra Petar Jeleč, któremu nie straszny ni reis ni biskup; w swoich wypowiedziach dla mediów stwierdził, że już dawno „nie mieliśmy do czynienia z taką manipulacją (…) a w szerzeniu kłamstw na ten temat uczestniczyli także przedstawiciele Kościoła. (…) zamiast spokojnej i rzeczowej argumentacji zdecydowano się na szkodliwe upolitycznienie całej sprawy i przeniesienie jej z prawnego na grunt religijno-nacjonalistyczny” - mówił dla portalu bhmagazin.com. „(…) to oczywiste, że prawo legalizujące odbieranie prywatnego majątku jest niedobre (…); problemem jest to że milczano, kiedy to niesprawiedliwe prawo uderzało w „małych, zwykłych” ludzi (…), a podniosła się nagle wrzawa, bo chodzi o (…) ważnego członka naszej wspólnoty”. „W ogóle nie zaskoczyła mnie [decyzja o pozostawieniu kardynała w siedzibie biskupstwa]; była zupełnie do przewidzenia dla każdego, choć trochę rozumnego człowieka. (…) wszyscy uczestnicy tej sprawy wiedzieli, że kardynał nie straci części swej rezydencji, ale nie przeszkadzało im to w robieniu tego, co robili w tych dniach (…). w tym kraju duchowni są zagrożeni najmniej, i żyją lepiej niż zwyczajni ludzie, a spośród nich [duchownych] jeszcze mniej zagrożone są głowy kościołów. Dlatego trzeba jasno powiedzieć, że metry kwadratowe kardynała nie mają żadnego związku z zagrożeniem Chorwatów w tym kraju”.
Amen.

Puenta: Ciężko Bogu z nami, takimi jacy jesteśmy...
*
srbovanje.com

środa, 12 stycznia 2011

Brega wraca do domu!

Przed paroma dniami w Sarajewie gruchnęła nowina, iż do Bośni wraca syn jej, równie marnotrawny co sławny – Goran Bregović we własnej osobie!:) Wiadomość tę potwierdził oficjalnie magistrat stolicy, a sam bohater wydarzenia spotkał się z burmistrzem Aliją Behmenem, który z radością powitał w ojczyźnie słynnego lidera grupy Bijelo dugme i kompozytora muzyki filmowej.
*
Portal sarajevo-x.com cytuje jednego ze znajomych muzyka, który ponoć „odczuwa nostalgię za Sarajewem”, a więc całkiem możliwe, iż wkrótce będzie można spotkać Bregę na niedzielnym spacerze na Ferhadiji. I to nie samego, albowiem Bregović sprowadza do Sarajewa także swoją rodzinę – żonę i trzy córki, które dotychczas mieszkały w Paryżu. I to, obawiam się, chyba tatuś nie do końca przemyślał…, ale „pażiviom-uvidim”:). Sam Goran obawia się ponoć jedynie reakcji sarajewskiej „ulicy”. I tu się wcale nie dziwię, Sarajlije już pewnie ostrzą sobie języki; pod informacją o powrocie Bregi natychmiast ukazało się ponad 400 komentarzy, a wspomniany portal zapytał w ankiecie, co sarajewianie myślą o pomyśle muzyka. Na wyniki aż boję się patrzeć, śmiem przypuszczać bowiem, iż wylew serdeczności to raczej nie będzie; od swego wyjazdu z Bośni tuż przed wojną Bregović (syn Chorwata i Serbki) nie miał „u siebie” dobrej prasy. Bośniacy długo mieli mu za złe wyznanie, iż bałkańska wojna „to nie jego wojna” (o zwyczajowej bośniackiej zawiści, porównywalnej jedynie z polską, nie wspominając). Cóż nikt nie jest prorokiem… itd. :) Mimo to od paru dobrych lat Bregović nagrywa (głównie wspólnie z innymi muzykami) i koncertuje także w krajach ex-Jugi, najczęściej chyba w Chorwacji, gdzie cieszy się sporą sympatią.
Ale, cokolwiek o nim nie mówić, mam słabość do człowieka…:)


*


Bilet z koncertu Bregovicia w Nowym Sadzie podczas pierwszego powojennego tournee muzyka, z czasów, gdy przeciętnemu Polakowi nic nie mówiło jego nazwisko; a sam koncert - ECH...! :):):)

czwartek, 18 marca 2010

Luković, Gospa i Chopin



Co łączy wymienione wyżej osoby?
Nic. Brak pomysłu na tytuł:)

Co łączy Petara Lukovicia z Sarajewem? Bardzo dużo. Wybitny serbski dziennikarz wczorajszą, jednogłośną decyzją radnych miejskich i burmistrza Aliji Behmena został, już oficjalnie, honorowym obywatelem šeher Sarajeva:).
Luković, który zaczynał karierę jako krytyk muzyczny w 1976 roku, jest jednym z niewielu dziennikarzy w Serbii otwarcie i bezkompromisowo (i soczyście:) osądzających reżim Miloševicia oraz udział Serbii w wojnie 1992-95. Niedawny felietonista „Feral Tribune” obecnie szefuje (wciąż jeszcze istniejącemu:) niezależnemu belgradzkiemu portalowi e-Novine.
Gratulujemy!:)

*
Tymczasem może już zacząć się bać szóstka „honorowych obywateli Medjugorja”.
Wczoraj z Watykanu popłynęły wieści o powołaniu przez papieża specjalnej komisji, której zadaniem będzie zbadanie i ocena medjugorskiego fenomenu. Na czele międzynarodowej komisji stanął kardynał Camillo Ruini, jednak skład całego liczącego około 20 osób ciała pozostaje nieznany. Nie wiadomo więc, czy zasiądzie w niej (bawiący niedawno w Watykanie) biskup mostarsko-duvanjski Ratko Perić który od początku negatywnie wypowiada się o medjugorskich „objawieniach”. Papieski sekretarz stanu kard.T.Bertone podkreśla, że słowa Pericia wyrażają wyłącznie jego osobisty stosunek do tej sprawy i nie reprezentuje on oficjalnego zdania kościoła.
Nie wiadomo na razie jak długo potrawają badania i prace komisji, choć plotka głosi, iż Benedykt XVI chciałby zamknąć ostatecznie tę sprawę w 30 rocznicę „objawień”, czyli pod koniec czerwca tego roku.
Ostatnim oficjalnym głosem kościoła w tej kwestii było stanowisko Jugosłowiańskiej Konferencji Biskupów z 10.04.1991 roku. Po 3-letnim rozpatrywaniu sprawy ogłoszono, iż „na podstawie dotychczasowych badań nie można stwierdzić, że mamy do czynienia z objawieniami o charakterze ponadnaturalnym”. W interpretacji kard. Bertone to „wcale nie znaczy, że b. konferencja biskupów Jugosławii wydała negatywny sąd o Medjugorju”, ale że całą rzecz trzeba nadal śledzić i badać. Zgadza się z nim kard. Vinko Puljić, który podczas swojej wizyty w Rzymie powiedział: „Nie powiedziano, że Gospa się nie ukazuje, a tylko tyle, że jeszcze tego nie ustalono”. Dodał przy tym, iż milion pielgrzymów rocznie mówi samo za siebie.
Na razie wygląda na to, iż szybciej niż wyjaśnienia medjugorskiego fenomenu należy się spodziewać, że papież podzieli biskupstwo mostarsko-duvanjskie na dwa. Prawdopodobnie już przed paroma miesiącami wszystko było gotowe do ustanowienia nowego biskupstwa, zabrakło jednak… biskupa, który mógłby je objąć:). Uważa się, iż wyłączenie Medjugorja spod jurysdykcji dotychczasowego biskupa – Ratka Pericia „zredukuje napięcie między nim a [tamtejszymi] franciszkanami” i pozwoli dojść prawdy o Medjugorju. W zeszłym roku papież wysłał na "emeryturę" jedną z ważniejszych postaci dramatu – wielokrotnie karanego już przez władze kościelne za nieposłuszeństwo franciszkanina Jozo Zovko. Daleko od Medjugorja wysłał – na maleńką chorwacką wysepkę Badija, gdzie kilka lat temu zwrócono franciszkanom zabrany w czasach komunizmu klasztor. Teraz fra Jozo czeka odnowa zrujnowanego barokowego kościoła, ewentualnie wzbogacanie flory i fauny na wyspie. Do tej pory franciszkanie sprowadzili na Badiję muflony:).

*
Medjugorje jak na dłoni. Widok z Podbrda (Wzgórze Objawień).


W Watykanie zdania na temat Medjugorja są podzielone, a podjęcie jakiejkolwiek decyzji utrudnia fakt, że Matka Boska, jak twierdzą widzący, ukazuje im się nadal, także wtedy gdy znajdują się oni poza Medjugorjem. Niektórzy sam fakt wielu nawróceń i ozdrowień w tym miejscu uważają za dowód prawdziwości objawień. Nie zgadza się z tym kard. Jose Saraiva Martins: „Tylko dlatego, że ktoś się w jakimś miejscu nawrócił, nie znaczy to, że ukazuje się tam Matka Boska. Nawrócenia mogą zdarzyć się w każdej parafii”.
*

A tu Podbrdo z całkiem bliska...
*
Swoją drogą jestem ciekawa ilu z wysokich dostojników kościelnych (krytykujących Pericia) odwiedziło rzeczone „sanktuarium”?
Byłoby także nieźle, gdyby pewnego dnia Medjugorje nawiedziła specjalna komisja z bośniackiego urzędu skarbowego:). Najnowszy raport dot. liczby turystów odwiedzających BiH jest bowiem bardzo wymowny. Okazało się, że najliczniejszą nacją w BiH w zeszłym roku byli… Polacy (zaraz po Włochach), tylko nikt nie jest w stanie podać konkretnej liczby, gdyż medjugorska „gościnność” nie idzie niestety w parze z meldowaniem bawiących w Medjugorju gości:).
To jest dopiero cud! Pielgrzymi są i jednocześnie ich nie ma!:) I kiedy watykańska komisja będzie być może próbować stwierdzić, że to czego nie widać - istnieje, medjugorscy „hotelarze” pragną udowodnić, że tego, co wszyscy widzą - nie ma!:)
*
Na koniec najprzyjemniejsze.
Od początku roku próbuję wyśledzić w bh. mediach jakieś wyraźne wątki chopinowskie.
Do tej pory odnalazłam dwa. Dokładniej dwa koncerty z okazji 200-nej rocznicy urodzin Fryderyka. Pierwszy odbył się w Sarajewie 5.03. - koncert f-moll op.21 zaprezentował Karol Radziwonowicz z towarzyszeniem orkiestry Filharmonii Sarajewskiej, dyrygował Paweł Przytocki. (W tym samym czasie słynny chorwacki pianista Ivo Pogorelić robił to samo, tylko we Wrocławiu. Wiem, bo słyszałam na własne uszy:)
Drugi koncert odbył się w Brčko. Jak zawsze w BiH wszystko musi się wiązać z polityką, więc powiązano i tym razem – rocznicę urodzin Chopina z 10-leciem istnienia dystryktu Brčko. Gwiazdą wieczoru była rodzima, wybitnie utalentowana 19-letnia Dženana Šehanović. Za pulpitem także kobieta – Samra Gulamović, dyrektorka sarajewskiej filharmonii.
Młoda pianistka, która w tym roku kończy studia w Zagrzebiu twierdzi, że Chopin to jej ulubiony kompozytor, zaś ideałem wykonawczym jest dla niej Martha Argerich. W planach ma występy i udział w europejskich konkursach pianistycznych; nie znajduję niestety nazwiska pani Dženany na liście do eliminacji tegorocznego Konkursu Chopinowskiego:(. Będą za to reprezentanci sąsiadów: z Chorwacji Aljoša Jurinić, i z Serbii Jovana Dankar.
Niestety, za życia Chopina powóz pocztowy „z Europy” docierał najdalej do Ljubljany, więc może prosta ta przeszkoda komunikacyjna sprawiła, że w biografii kompozytora wątków bośniackich niestety brak…:)
*

źródła: Brotnjo.info, vecernji.hr, biznis.ba, e-novine, sarajevo-x.com

środa, 17 lutego 2010

Tako rzecze Stipe Mesić, czyli Prezydent wszystkich Chorwatów? c.d.

„Jakoś tak się składa, że nowo wybrani hr. prezydenci więcej mają do powiedzenia o „starych Chorwatach za granicą” jeszcze jako kandydaci niż potem…”, ale i ci, co prezydencki, za przeproszeniem, stolec opuszczają nagle mają dużo na ten temat do powiedzenia.
Mam oczywiście na myśli prez. Stjepana Mesicia, który przez ostatnie tygodnie żegnał się ze stanowiskiem co, jak przyznał, przychodzi mu z ciężkim sercem. Wierzymy, bo ostatnio gdzie nie klikniesz, tam Mesić:). Po przeczytaniu paru z nim rozmów, mam wrażenie, że prez. Mesić żegna nie tylko swoich chorwackich „poddanych”, ale – jako ostatni przewodniczący prezydium ś.p. SFRJ – całą tę …tfu! Jugosławię :)
Nie będę się bardzo wyzłośliwiać na prez.Mesiciu, choćby dlatego, że jego wysiłki w kwestii powrotu do Chorwacji serbskich uchodźców uważam za szczere.
*
Tymczasem wróćmy do BiH i tego, co na jej temat miał ostatnio do powiedzenia były chorwacki prezydent. A miał ci on, miał – przede wszystkim niezłego szumu narobił jego niedawny komentarz do (który to już raz?) zapowiedzi Milorada Dodika rozpisania referendum o odłączeniu RS od BiH. Mesić, na którego Mile działa wyraźnie jak płachta na byka stwierdził, że w razie spełnienia owych (przesławnych już) obietnic „przeciąłby korytarz posawski przy pomocy akcji zbrojnej”.
Grubo się Stipe tłumaczył i wyjaśniał dziennikarzom, że to jego osobiste stanowisko, wyrażone w „luźnej” rozmowie, a nie stanowisko władz Chorwacji. Tymczasem większość komentatorów, jak się okazało, nie ma poczucia humoru i zrozumiała ową „luźną” rozmowę, jako swojego rodzaju wypowiedzenie wojny, złośliwie przy tym dodając, że Mesiciowi nie zostało na nią już wiele czasu.
„A czym jest to referendum, jak nie realizacją Wielkiej Serbii Miloševicia?” – pyta retorycznie ex-prezydent dodając, że Dodik, choć nie jest jedynym, to jednak najbardziej destabilizującym Bośnię politykiem. („Novosti”, M.Čulić, R.Dragojević)

Podobnie jak większości tzw.obserwatorów, tak i Mesiciovi nie podoba się bośniacko-hercegowiński „porządek” oparty na układzie z Dayton. Zresztą każdemu, kto czytał „Aneks nr 4” nietrudno zgodzić się z faktem, że tzw.Dayton doprowadził do zatrzymania działań wojennych, pomógł zwaśnionym stronom zakopać topór wojenny, ale nie wprowadził żadnych mechanizmów, aby BiH mogła funkcjonować jak normalny kraj (cokolwiek to znaczy:). „Wszyscy wiedzą, że Dayton nie funkcjonuje, ale uparcie trzymają się go, jakby jutro miała wybuchnąć wojna, a to nierealne.” – twierdzi Stipe (po 10 latach prezydentury – przypomnijmy).
„W jednym entitecie gnieżdżą się Chorwaci i Boszniacy – mówi S.M. – a w drugim reżim, który myśli, że kiedy wspólnota międzynarodowa się zmęczy, [RS] zyska możliwość (…) odłączenia się od BiH i przyłączenia do Serbii”.
I tu szczerze watpię – do Serbii się nie przyłączy, bo Serbia (już oficjalnie kandydat do UE) nie potrzebuje garbu w postaci RS, tak jak przez 10 lat Mesicivi nie wpadło do głowy przyłączenie do Chorwacji zachodniej Hercegowiny.
Pomysł z trzecim entitetem też nie wydaje się Mesiciovi szczególnie szczęśliwy, bo jak sądzi, to rozwiązanie tylko dla 1\3 bh.Chorwatów. Zdecydowanie też opowiada się za planowanymi zmianami w chorwackim prawie wyborczym, mającym ograniczyć bh.Chorwatom głosowanie w chorwackich wyborach prezydenckich i parlamentarnych RH.
No tak, o głosy w Hercegowinie Mesić już pewnie nie zawalczy:), aczkolwiek podoba mi się krytycyzm w stosunku do rodaków z BiH, kiedy „rozprawia się” z ich przed\wojenną przeszłością i nie przyznaje racji tym chorwackim nacjonalistom, którzy płaczą nad losem Chorwatów w Sarajewie zapominając, że przed 1992r. gros ministrów (w tym bh. min.obrony) w BiH, wielu profesorów na Uniwersytecie, dyrektorów dużych firm było Chorwatami. Ich zdecydowanym błędem było słuchanie podszeptów z Zagrzebia oraz lokalnych wichrzycieli pokroju Mate Bobana twierdzących, iż każdy Chorwat, który nie opuści Sarajewa jest zdrajcą chorwackiego narodu.
Ogólnie rzecz biorąc prez. Mesić jako, jak się to mówi - świadek historii, w tym np. rozmów Miloševcia z Tudjmanem, jest kopalnią wiedzy o burzliwym okresie rozpadu Jugosławii, a i na komunikatywności mu ponoć nie zbywa..:)
W cytowanym tu już wywiadzie stwierdza m.in., że Tudjman z Miloševiciem zgadzali się we wszytkim. „To był braterski związek, bez jednej plamki”.
W 1997r. w wywiadzie udzielonym M.Delalić i S.Šačić mówił: ”Milošević planował wojnę, wliczył w to i genocid i przesiedlenia. Tudjman był pod wrażeniem Miloševicia. W Karadjordjevie kalkulował, że skoro już planuje się likwidację BiH, byłoby dobrze, by i Chorwacja zabrała cząstkę [bh.] terytorium i stworzyła Wielką Chorwację. Pokazał tym, że nie był żadnym wielkim wizjonerem, ale wielkim naiwniakiem.”
Dzisiaj Mesić przypomina też, że Milošević początkowo pragnął dla siebie i większej części Chorwacji, ale kiedy okazało się, że nic z tego nie będzie, zaczął pertraktacje z Tudjmanem. Ani jeden ani drugi nie burzyli się, gdy Serbowie z Krajiny opuszczali Chorwację, bo Miloševiciovi ta masa była niezbędna do zasiedlenia Kosowa. Ci jednak, wcale się tam nie wybierali… „Oni [chorwaccy Serbowie] być może są największymi ofiarami tej wojny” – twierdzi Mesić. Nie ma tu oczywiście na myśli liczby zabitych. „Chodzi o to, że jak jedno ciało opuścili [Chorwację] razem z wojskiem i zostawili wszystko, co mieli”.
*

Z okazji dzisiejszego Światowego Dnia Kota, o komentarz poprosiliśmy naszego zagrzebskiego korespondenta: "Nie ze mną żadne kici, kici..." zdaje się mówić to spojrzenie...:)
*
Ze wszystkich jednak myśli, wspomnień i refleksji ex-prezydenta Chorwacji najbardziej utkwiło mi przesłanie, które skierował S.M. do bośniacko-hercegowińskich Chorwatów i Serbów radząc im, by i jedni i drudzy swoją politykę kreowali w BiH, albowiem „Serbowie z BiH są obywatelami BiH, a ich stolicą jest Sarajevo”, tak jak „Chorwaci z BiH są obywatelami BiH, i ich stolicą jest Sarajevo”. (Dodał przy tym, iż zdaje sobie sprawę, że wśród chorwackich polityków są i tacy, którym odpowiadają plany Dodika, bo tym samym w podobny sposób mogliby ogłosić powstanie trzeciego entitetu. Muszą jednak pamiętać, że „(…) są konstytucyjnym bh. narodem a nie mniejszością narodową w BiH, ani diasporą i nie opuścili Chorwacji, by się osiedlić w BiH”).
Odebrałam te słowa z mieszanymi uczuciami, po pierwsze dlatego, że „przesłanie” Mesicia jest w pewnym sensie aroganckie. Nie można najpierw (przepraszam za kolokwializm) ludziom mieszać w głowach, a potem pokazywać im gdzie ich miejsce.
Okazuje się, że moją intuicję potwierdził mój ulubiony ostatnio bloger – Haris Pašović (http://www.harispasovic.blogger.ba/). I jego dotknęły prezydenckie słowa, ale nie żeby się obraził:), wręcz przeciwnie, ze spokojem szachisty analizuje sprawę następująco: „Nie zauważyłem, by Mesić poświęcił czas na rozmowę z obywatelami serbskiej narodowości w BiH, żeby się dowiedzieć, co oni myślą. (…) Prezydent Tadić oświadcza, że w żywotnym interesie Serbii jest BiH jako jedno państwo, w tym samym czasie Dodik twierdzi, że [jedność] BiH jest nie do utrzymania, a razem siedzą (…) na meczu Francja-Serbia; [do tego] Dodik twierdzi, że jego stolicą jest Belgrad. (…) Obydwaj prezydenci takimi wystąpieniami wyrażają swój bardzo niski pogląd o naszej inteligencji, (…) jesteśmy dla nich politycznymi neandertalczykami i tępymi obywatelami jakiegoś tępego kraju”. Ale przede wszytkim pan Pašović (zasłużony dla bh.teatru reżyser) zastanawia się, czy sami bh.obywatele nie doprowadzili do tego, że są postrzegani tak a nie inaczej? Bo „(…)w jaki to niby sposób Sarajevo okazuje mieszkańcom pozostałych miast, że jest [także] ich stolicą. (…) „Może niektórzy Boszniacy oczekują, że Serbowie z RS przyjadą do Sarajewa i powiedzą „Drodzy Boszniacy, uprzejmie was prosimy uwględnijcie naszą najgłębszą potrzebę, by Sarajevo było i naszą stolicą. Z miłością. Wasi Serbowie”.
Może powinni zrobić to 27-latkowie z Banja Luki, którzy nigdy nie byli w Sarajewie (sic!). A co dla Sarajewa znaczy Banja Luka? – pyta dalej H.P. Dla tych wszytkich, którzy ledwie pamiętają wojnę. Kiedy chorwaccy i boszniaccy przedstawiciele prezydium ostatni raz rozmawiali z Serbami? Czy istnieje jakiś program, który sprawi, że młodzi ludzie z obu entitetów zaczną się poznawać?
Oczywiście, możliwość taka istnieje na planie kultury, sportu, estrady, ekonomii; choć „Śnieg” A.Begić, i „Grbavica” J.Žbanić nie były pokazywane w RS (a były w Belgradzie).
Najważniejsze kontakty – konkluduje H.P. - dokonują się na poziomie indywidualnym, „więc kiedy już wydamy walkę mediom i rządom, może nie będziemy musieli wysłuchiwać kazań z sąsiednich państw, (…) stworzymy wspólne państwo i wspólne Sarajevo i wspólną Banja Lukę. (…) Nie mamy nic do stracenia. (…) Prezydencie Mesić – Pana państwo to Republika Chorwacji, a Pana stolicą jest Zagrzeb. Prezydencie Tadić, Pana państwo to Republika Serbii, a Pana stolicą jest Belgrad”.
*
Święte słowa:). I kiedy już obywatele BiH przystąpią radośnie do twórczej pracy nad wspólnym państwem, może ukoronowaniem ich wysiłków będzie wspólny prezydent? Prezydent wszystkich Bośniaków!:)
I zostanie nim Željko Komšić…?:)
Jak na razie „Komša” powrócił do pisania swego prezydenckiego bloga (http://www.zeljkokomsic.blogger.ba/)
W pierwszych słowach po długim milczeniu postanowił rozliczyć się przed narodem\ami ze swego stanu posiadania, tak więc w skrócie dla tych co lubią cyferki (lu-cyferki:) szybkie spojrzenie w głąb prezydenckiego portfela:
- ostatnia wypłata po odliczeniu spłaty kredytów - 3501 KM
- liczba kredytów - 5
- zadłużenie bankowe ogółem 74 tys.euro
- oszczędności - 950eu (dla 4-letniej córeczki Lany)
- mieszkanie – jedno, 72mkw
- samochód – brak :)
- żona Sabina (Muzułmanka – dodajmy), nie pracuje zawodowo, prowadzi dom;
Ze „sprawozdania” dowiadujemy się również, iż podczas studiów Ž.K. pracował fizycznie, był też nocnym stróżem, zrobił dyplom prawniczy, a za pierwsze pieniądze zarobione po wojnie kupił parę dżinsów.
Od kilu lat Komšić jest „chorwacką częścią składową” 3-osobowego Prezydium BiH.
Największy sukces? Może wtedy, kiedy bh. Chorwaci zgodnie zaśpiewają „Nie przenoście nam stolicy do Zagrzebia”. :)

wtorek, 16 lutego 2010

Prezydent wszystkich Chorwatów?

Minęło dobrych kilka tygodni od wyborów prezydenckich w Chorwacji. Te jak wiadomo wygrał kandydat najbardziej muzykalny - Ivo Josipović. Znajoma z Zagrzebia twierdzi, że nowy prezydent „nit’ smrdi nit’ miriše” – tłumacząc z naszego na nasz - „ni mjaso ni ryba”. Ogólnie rzecz biorąc - Chorwaci zagłosowali bardziej przeciw kontrkandydatowi Josipovicia niż za nim samym, a biorąc pod uwagę „klasę” niejakiego Milana Bandicia, za ten a nie inny wybór należy im się „velika hvala”.
Jak ogólnie wiadomo jakiekolwiek wybory w Chorwacji od lat z okładem piętnastu nie są sprawą wyłącznie „pięknej naszej” Republiki Chorwacji, ale sprawą wszechchorwacką, a więc i hercegowińską, posawińską itd… w rezultacie sprawą bośniacko-hercegowińską. Tak więc prez. Josipović interesuje nas głównie o tyle, o ile ów zagrzebski „smrad”(smród) względnie „miris”(zapach) dosięgnie terytorium sąsiedniej BiH.
Jakoś tak się składa, że nowo wybrani hr. prezydenci więcej mają do powiedzenia o „starych Chorwatach za granicą” jeszcze jako kandydaci niż potem, dlatego ostatnie aktualne wypowiedzi Ivo Josipovicia o BiH pochodzą z czasów jego niedawnej przedwyborczej wizyty w Bośni i Hercegowinie, podczas której stwierdził m.in. że w interesie RH jest, by bh. Chorwaci pozostali w BiH jako jej konstytutywny i równoprawny naród, na czym, przy jednoczesnym poszanowaniu suwerenności BiH, powinna zasadzać się polityka Chorwacji w BiH.
W odróżnieniu od swoich poprzedników – czyli wszelkiej maści kandydatów zabiegających o głosy hercegowińskich Kroatów, Josipović postanowił wspaniałomyślnie nie zaśmiecać pięknej bośniacko-hercegowińskiej przyrody plakatami, bilbordami i innymi spotami i postawił na oryginalność czyli rozmowy z każdym, zarówno w Mostarze jak i w Sarajewie, „mającym wpływ na to, za czym się opowiada”. Nie zapomniał, oj nie, przypomnieć bh. wyborcom, że „liczy na wszystkich mających obywatelstwo i prawo głosu”. (josipovic.net)
„Dopóki Chorwaci w BiH mają konstytucyjne [wg konstytucji RH oczywiście] prawo głosu, nikt nie śmie im go odbierać” – dodał obecny prezydent, czego nie omieszkał zauważyć portal hercegovina.info przypominjąc, a raczej wypominając Josipoviciovi drastyczne odejście od dotychczasowej polityki jego partii (SDP), dla której do tej pory prawo głosu bh. Chorwatów było kwestią dyskusyjną. Co gorsza, Josipović wyraził (ponoć) swoje poparcie dla pomysłu rewizji układu z Dayton i utworzenia trzeciego - chorwackiego entitetu w BiH. Dayton odegrał swą rolę ustanawiając pokój w BiH – twierdzą partyjni koledzy prezydenta, ale oczywiste jest, że BiH nie funkcjonuje dobrze, jednak wszelkie zmiany należy wprowadzać za porozumieniem trzech stron.
To się nazywa dyplomacja:) – tym bardziej, że planowane zmiany w chorwackim prawie wyborczym dla bh. Chorwatów nie niosą nic dobrego. Być może niedługo Chorwaci o podwójnym obywatelstwie będą zmuszeni zdecydować się na konkretny adres, bowiem przywilej głosowania w wyborach będzie przysługiwać tylko tym, którzy mieszkają w miejscu zameldowania, w przeciwnym razie policja będzie miała prawo skreślić takie osoby z list wyborców.
Przy okazji uspakaja się, iż niezadowolenia Chorwatów z RH, nie wywołuje prawo głosu Chorwatów z BiH jako takie, ale wszelkie oszustwa i zdarzające się wielokrotnie w przeszłości tzw.nieprawidłowości:), które zwykle są przyczyną animozji między Chorwatami [?!]. Tylko „bądźmy szczerzy – po raz wtóry błysnął odkrywczo portal hercegovina.info - owe nieprawidłowości kreuje się w Zagrzebiu, nie w Mostarze”.
Z autopsji wiem również, że być może „niezadowolenia Chorwatów z RH nie wywołuje prawo głosu Chorwatów z BiH jako takie”, ale już sama obecność Chorwatów z BiH w Chorwacji jako taka i owszem…

Ale wracając do wyborów – Hercegowińczycy pana Josipovicia mają w głębokim poważaniu i na stanowisku prezydenta wszystkich (?) Chorwatów najchętniej widzieliby swojego „ziomala” rodem ze wsi Pogana Vlaka - Milana Bandicia. Wysiłkom wszelkim i poparciu Josipovicia dla trzeciego entitetu wbrew bh. Chorwaci prawie „jak jeden mąż” zagłosowali na dotychczasowego burmistrza Zagrzebia oraz fana chorwackiego piosenkarza-ustaszy Marka Perkovicia Thompsona, choć nawet ta niezwykła zgodność „krewnych i znajomych” nie uchroniła go przed wyborczą klęską:), a i „jeden mąż” okazał się niereformowalny (o czym niżej…).
Chorwaci z Mostaru, Neum, Ljubuški, Čapliny i okolic nie ukrywają swego sentymentu do Zagrzebia i innych metropolii „swojej domoviny”, a na wspomnienie, że mają przecież przedstawiciela narodowego w Prezydium BiH, robią dziwne miny… (wiem, bo znam te miny:)…
Ten ogólnie znany fakt potwierdza błyskotliwy (jak zawsze, ech:) Boris Dežulović, w swoim felietonie „Kto głosował na Ivo Josipovicia?” („Nezavisne novine”), komentując wyniki głosowania w drogiej nam Hercegowinie. Rekord popularności Bandicia padł w maleńkiej gminie Ravno, znanej głównie z tego, że jako pierwsze ucierpiało pod atakiem JNA, jeszcze na pół roku przed hmm… oficjalnym rozpoczęciem wojny w BiH. Licząca sobie 1770 mieszkańców gmina od tego roku sławna będzie i z tego, iż w drugiej turze wyborów spośród 363 wyborców 99,72% zagłosowało na Bandicia, co oznacza, że Ivo Josipović otrzymał głosów 1 (słownie: jeden).
„To największe zwycięstwo w historii europejskiej demokracji, szansa że jakiś socjaldemokrata zdobędzie głos w Ravnem były mniejsze, niż gdyby ktoś oddał głos na irańskiego reformistę Mousaviego w (…) rodzinnym mieście M.Ahmadinedżada” – komentuje autor, i dalej: „Ta pozostała w Ravnem garstka dzieci otrzymała za zadanie, by nocą trzymać straż i patrzeć, czy ktoś (…) nie opuszcza wioski, mężczyźni natomiast (…) zrezygnowanie machają ręką i twierdzą, że trzeba tylko poczekać, komu mafia zapuka do drzwi”:)
*
Obserwuję z bliska i z daleka całe to chorwacko-chorwackie zamieszanie od lat zawsze mając wrażenie, że to jakiś zaklęty krąg. Bośniacko-hercegowińscy Chorwaci są zakładnikami zarówno fałszywej i fatalnej polityki prowadzonej w stosunku do nich od czasów doktora Tudjmana, bieżącej sytuacji w BiH, jak i nieustannego poczucia własnej krzywdy, anachronicznego sposobu myślenia i ślepej wiary w „matkę Chorwację”.
Ciężko uwierzyć, że kiedyś (czyt. za Jugi) nawet dubrowniczanki jeździły na zakupy do Mostaru; dzisiaj bh. Chorwaci jadą jak muszą (np. karetką na sygnale), a Chorwatki z Neum wolą rodzić dzieci w Dubrowniku (choć odległość do Mostaru jest ta sama – 70km).
Tymczasem, pukając coraz głośniej do bram UE Chorwaci z Chorwacji coraz wyraźniej wyzwalają się z „uścisku” braci Hercegowińczyków. „Co oni mają w głowach? (…) 15 lat po wojnie, 10 po śmierci Tudjmana są jak jakaś nachalna kobieta, która nie rozumie, że wszystko skończone, i tylko ciągle męczy i dzwoni”, Chorwatom ze stolicą w Zagrzebiu:) wyraźnie działa na nerwy fakt, „iż Hercegowińczycy mieszają się do ich życia i głosują w ich wyborach” – ocenia sytuację publicysta „Jutarnjego listu” Ante Tomić, twierdząc, iż zagrzebscy politycy muszą wreszcie przestać obiecywać Chorwatom z Hercegoviny, że ci są częścią BiH tylko na chwilę.
[Cytuje także swego mostarskiego przyjaciela, który rzecz komentuje dosadnie: „Byłoby lepiej gdybyśmy się podłączyli do kanalizacji, nie do Chorwacji, przynajmniej jako gówna dotarlibyśmy do morza”:)]
*
Co powiedziałaby Neretwa, gdyby mogła mówić? - "Czuję sie wpuszczona w kanał"?:)
*
Z kolei gniew Chorwatów ze stolicą w… Mostarze:), wywołali rodacy z Chorwacji „wybierając nie tego co trzeba kandydata”, tym samym zdradzając ich po raz drugi.
To poczucie krzywdy nie do końca jest bezpodstawne, bo przecież dopóki bracia Hercegovci potrzebni byli „na froncie”, lub potem jako „martwe dusze” na listach wyborczych, nikt nie miał im niczego za złe…
„Nie jesteśmy tu bez grzechu – pisze Tomić – (…) Tudjman nie został wybrany w Ljubuški, (…) zło które ich dotknęło przyszło z Zagrzebia (…)”. „To nie antywojenne demonstracje w Zagrzebiu zatrzymały wojnę z Boszniakami”.
Masakra w Ahmići, obóz w Dretelj i zburzenie Starego Mostu sprawiło, że Chorwaci nie tylko stracili twarz, ale zaprzepaścili spokojne życie Chorwatów w Sarajewie, Zenicy i innych miejscach BiH. Kiedy więc przepadło wszystko, co obiecywał Hercegowinie Tudjman, bh. Chorwaci poczuli się oszukani i wykorzystani.
„Właściwie trudno osądzać ich za to, że czekają na spełnienie danych kiedyś obietnic. (…) [choć] miliardy przeznaczone na emerytury dla (…) generałów, zepsutych urzędników wydających paszporty serbskiej mafii (…) można było przeznaczyć na przedszkola i szpitale”.
*
Pointa? HR jak Hercegovina:)

Tymczasem, po przerwie na reklamę, dobrosąsiedzki wątek w życiu BiH-u snuć będziemy…:)
*
Neum. Czy to jeszcze BiH, czy już Chorwacja? Czy też odwrotnie...?

wtorek, 22 grudnia 2009

Dzisiaj w Mostarze, dzisiaj w Mostarze wesoła nowina:)

Chociaż, zamiast radości z piersi zmęczonych oczekiwaniem mieszkańców Mostaru dobyło się zapewne tylko zwykłe „uff…”.
Dzisiaj ostatecznie sformowano nowe mostarskie władze miejskie. Ostatnim etapem owego 450-dniowego formowania (rekord Drogi Mlecznej:) było powołanie na stanowisko przewodniczącego Rady Miejskiej przedstawiciela Boszniaków - Murata Ćoricia (SDA), któremu przypadła większość głosów radnych. Kontrkandydatką Ćoricia była p. Sladjana Gotovac.
(Przy okazji – w BiH obowiązuje parytet. Jak funkcjonuje – to osobna sprawa…, tak czy siak – warto wiedzieć, że w administracji publicznej BiH wyprzedza Polskę nie tylko ilością stolic, rządów i prezydentów…:)
Zgodnie z zasadami panującymi w ratuszu šeher Mostaru: jeżeli na stanowisku burmistrza zasiada Chorwat (a, sorry - najważniejsze – burmistrzem miasta pozostał Ljubo Bešlić z HDZ BiH) - stołek przewodniczącego przypada Boszniakowi.
Tym samym kompletna już Rada Miejska może wreszcie zabrać się za sprzątanie ruin, czyli picie piwa, którego sobie sama nawarzyła, m.in. za ustalanie budżetu miasta na ten i przyszły rok.
*
Powody do radości mają także bośniacko-hercegowińskie mniejszości narodowe. Z samiuśkiego Strasburga dziś (a nie we wrześniu, jak się spodziewano) dotarła decyzja Trybunału Praw Człowieka w (opisywanej poniżej) kwestii praw wyborczych bh. mniejszości.
„Zakazu uczestnictwa w wyborach mniejszości narodowych [chodziło konkretnie o możliwość kandydowania do najwyższych władz państwowych] nie da się obiektywnie i logicznie uzasadnić, stoi on w sprzeczności z zabraniającą dyskryminacji Europejską Konwencją Praw Człowieka”.
W BiH decyzję Trybunału przyjęto bez zaskoczenia. A i fakt, że cała bh ustawa zasadnicza (pochodna ułomnego „daytona”) jest do… yyy … remontu, to nic nowego.
Żal tylko, że w przeciwieństwie do głośnej ostatnio decyzji strasburskiego sądu (która nota bene w BiH nie wywołała żadnych większych emocji), ta akurat w eu mediach przeszła bez echa. A szkoda, bo jak wiadomo, wspólnota międzynarodowa nie jest tu bez winy.
*
Tym optymistycznym akcentem kończymy ostatni wpis tego roku:)

wtorek, 10 listopada 2009

Padł mur, padł most, wyrósł mur...

Sarajewska synagoga, XVIw., fot.kaszenka







*
Proszę, oto od czego rocznice – wieczna inspiracja:); a ponieważ mnie się wszystko kojarzy… więc odświeżam „rewelacje” sprzed miesiąca kojarząc je z obchodzonymi właśnie w Europie rocznicami upadku Muru Berlińskiego i Nocy Kryształowej, oraz (tradycyjnie nie zauważonej w eu mediach) rocznicy zniszczenia Starego Mostu. A przecież to taka „piękna” pointa, nieprawdaż? Może zwłaszcza my w Polsce - wiecznie zniesmaczeni faktem, że to niemiecki Mur a nie polska Solidarność bardziej przebiły się do świadomości Europejczyków jako symbol przełomowych zmian na naszym maciupkim kontynencie, powinniśmy czasem zwrócić uwagę na to, że pewne narody przeszły je (i przechodzą nadal) wyjątkowo boleśnie, a i murów do zburzenia ci u nas w Europie ciągle dostatek…Tak więc od polskiego marudzenia przejdźmy do bh konkretów, rocznicowych jako się rzekło…

…bo oto dokładnie 9.11 minęło 16 lat od zburzenia Starego Mostu w Mostarze, i choć od lat pięciu mieszkańcy hercegowińskiej „piękności” mogą bez przeszkód przechodzić nad Neretwą przez nową przeprawę, miasto nigdy nie było podzielone bardziej niż dziś.
Ponad cztery lata czeka na wyrok w Hadze autor barbarzyńskiego „wybryku” z 1993r. – chorwacki generał Slobodan Praljak, który – wzorem innych haskich „niewinnych” - gra na nosie sądowi próbując uparcie dowieść, że nie HVO most zburzyło.
Z przekonaniem sądu pan Praljak będzie miał poważny problem, koronnym dowodem przeciw niemu są bowiem zdjęcia pokazujące jak chorwacki czołg wystrzeliwuje pociski w kierunku Mostu.
[zdjęcia video burzenia mostu sprytni internauci z pewnością odszukają na You Tube – Rušenje Starog Mosta]
Autor zdjęć Enes Delalić – świadek w procesie generała, inwalida wojenny przeżywszy szereg gróźb pod swoim adresem, nadal mieszka w Mostarze, choć ledwo wiąże koniec z końcem, podczas gdy gen. Praljak posiłkując się swoją „żołnierską” logiką cynicznie powtarza - „Stary Most był obiektem wojskowym, a obiekt wojskowy podczas wojny, bez względu na jego wartość historyczną i kulturową, ma prawo zostać zniszczony”.
*
Tymczsem to, co z pewnością należałoby zniszczyć, to mury wyrosłe w głowach ludzi, np. dzisiejszych mieszkańców Mostaru i innych tego typu miejsc, dla których choćby mieszane małżeństwa, z których przed wojną Mostar słynął, nie są już sprawą tak oczywistą jak kiedyś.
* * * * *
Ale, skojarzeń nie koniec. Smutna bo smutna, mijająca rocznica Nocy Kryształowej, oraz wiecznie aktualna bh sytuacja - na przemian burzenia i stawiania murów wszelakich, jest (wreszcie:) prestekstem, by wspomnieć słów parę o jednym z niekonstytutywnych bh narodów - bośniacko-hercegowińskich Żydach i jego przezacnym przedstawicielu – Jokobie Fincim, który od roku pełni jednocześnie obowiązki ambasadora BiH w Szwajcarii.
*
Przewodniczący Gminy Żydowskiej w BiH (Jevrejska Zajednica) pan Jakob Finci, Bośniak z dziada pradziada, jest z wykształcenia prawnikiem, a z powołania humanistą :). Przez lata wojny wspólnie z innymi organizacjami (Caritas, Merhamet itp.) organizował pomoc nie tylko dla członków gminy, ale i innych narodów-ofiar bośniackiego konfliktu.
Cieszący się szacunkiem bh opinii publicznej Finci postanowił dnia pewnego zakandydować na członka Prezydium BiH. I… ups! Natrafił na, że będę nudna –ścianę, zbudowaną z paragrafów bh konstytucji (znaną w kraju behara pod nazwą Aneks nr 4), która członkom innych niż B, Ch, S, narodów kandydować do władz państwowych zabrania.
Normalnie - gdzie trzech się bije, tam czwarty korzysta, niestety w tej sytuacji wypada tylko sprafrazować rzecz następująco – gdzie trzech się bije, tam czwarty wali głową w mur…
Tu zresztą tradycyjnie bh absurd bh absurdem bh absurd pogania:), bo przedziwnym jakimś sposobem, konstytucja - narzucona przez USA - największą demokrację świata, uniemożliwia korzystanie wszystkim obywatelom bh państwa z ich demokratycznych praw; w dodatku Finci jako ambasador, członek niewielkiej mniejszości narodowej (jednej z 17 w BiH) reprezentuje tę BiH i te jej konstytutywne narody, które na jego skargę rozkładając ręcę poradziły mu „iść z tym do Europy”, jako że niesprawiedliwość ta została Bośni narzucona z zewnątrz.
Warto nadmienić, że swoje zażalenie złożył Finci wspólnie z przedstawicielem bh Romów Dervo Sejdiciem; wcześniej podobny problem miał jeden z Boszniaków, który jako mieszkaniec RS także nie mógł zostać kandydatem do Prezydium BiH.
Cóż, pan Finci, skoro nie było mu dane skorzystać z praw prostego obywatela BiH (zamiast robić kolejną aferę w już i tak skonfliktowanym społeczeństwie) postanowił skorzystać z praw prostego obywatela Europy i „poszedł z tym do Strasburga”:).
„…w tym państwie wszyscy są pozbawieni praw, zależy od tego w jakiej [tego państwa] części mieszkają” – mówił Finci trzy miesiące temu dla „Hercegovackih novin”, które opublikowały z nim długaaaśny wywiad, w którym ambasador mówi nie tylko o swoim problemie z kandydowaniem, ale także (bez zbędnych emocji) o stosunkach z bh muzułmanami i ef.Cericiu, z którym wspólnie stworzył Radę Międzyreligijną BiH, ale także o bośniacko-hercegowińskiej społeczności żydowskiej która, jak zauważył – na szczęście jest zbyt mała, aby stanowić wystarczającą mniejszość:), a co dopiero większość, która byłaby w stanie realizować swoje interesy (czyt. dodawać ognia do bh kotła:)
Fakt faktem Żydów w BiH jest coraz mniej (pisałam już o tym trochę w poście z zeszłego roku, chyba..:). W samym Sarajewie pozostało oficjalnie ok. 700 członków gminy, poza tym niewielkie gminy żydowskie istnieją w Mostarze, Tuzli, Zenicy, Doboju, Banja Luce; wszystkie one razem z towarzystwem kulturalno-oświatowym „La Benevolencija” tworzą społeczność żydowską BiH.
W toku wojny ucierpiało 7 Żydów (Finci przypomina, że osoby te, cierpiały nie z racji przynależności do narodu żydowskiego, ale po prostu jak wszyscy inni mieszkańcy Sarajewa). Wg statystyk na pocz. lat 90-tych Sarajewo opuściło ok.1000 osób z 1200 Żydów stolicy. Dziwną te matematykę (bo – jak napisano wyżej- dziś jest ich ok.700) Jakob Finci tłumaczy tym, że w czasie działań wojennych znaleźli się ludzie, którzy dopiero wtedy zadeklarowali się jako Żydzi; skądinąd wiadomo, że gmina na listy pomocowe wciągała także nie –Żydów, pomagając im wydostać się z oblężonego Sarajewa, a z zaopatrzenia jakie docierało do gminy korzystali wszyscy mieszkańcy miasta.
W czasie wojny uległo zniszczeniu kilka wysokiej klasy starych, żydowskich obiektów, w tym stary cmentarz z 17w.; Finci mówi o kosztownej odnowie nekropolii tak: „(…) mamy moralny dylemat: w tym mieście wciąż są ludzie, którzy nie mają gdzie mieszkać albo pracować. W tej sytuacji, mamy wykładać na miejsca pracy czy na groby?”
Wspomina też o niknącej liczbie członków gminy, jej stopniowym starzeniu się i emigracji młodych („Jeśli liczba twoich lat zaczyna być większa od numeru twojego buta, to jest już poźno na nowy początek”:)).
Szeroko (i bez zbędnych emocji) wypowiada się też o restytucji mienia („Nacjonalizacja to jak zrobić jajecznicę z trzech jaj. Restytucja to jak zrobić trzy jaja z jajecznicy”:)), oraz dużo o swoim rodzinnym kraju, a z wielu mądrych refleksji pana Jakoba Finci na koniec wybieram jedną: „Jedna, z bardzo bliskich mi definicji mówi, że BiH jest państwem dwóch entitetów, trzech konstytutywnych narodów, czterech tradycyjnych wyznań i stu problemów. Nie ma takiego wysokiego przedstawiciela, ani takiego przywódcy religijnego, który ma czarodziejską różdżkę i naprawi wszystkie sto problemów. Ale, jeśli każdy posprząta swoje podwórko, jeśli każdy zrobi swoją część pracy, sytuacja ulegnie zmianie. Niestety, tutaj wszyscy wolą robić to, co do nich nie należy – duchowni zajmują się polityką, politycy religią.”
*
Grasias za uwagę, był to żydowski głos rozsądku w waszych domach:)









czwartek, 10 września 2009

Zimna kafa dla Tadicia

Znowu dyplomatyczny zgrzyt na linii Sarajevo-Belgrad. W zeszły wtorek BiH odwiedził prezydent Serbii Boris Tadić, właśnie - czy na pewno BiH? Pełniący obecnie funkcję przewodniczącego Prezydium BiH Haris Silajdzić zwany "Harym" ma poważne wątpliwości, które postanowił czarno na białym wyłuszczyć w nocie protestacyjnej, jaką planuje posłać do Belgradu. Siljadziciowi nie podoba się sposób i powód wizyty Tadicia, a tą było uroczyste otwarcie szkoły w podsarajewskich Palach; szkoły o nazwie "Serbia". Sposób - bo serbska ambasada w Sarajewie poinformowała MVPBIH (MSZ BiH) li tylko, że "organizację wizyty przejmuje protokół dypl. Republiki Serbskiej."
"Przyjazd Tadicia to atak na BiH" stwierdził "Hary", "na suwerenność i międzynarodową podmiotowość BiH". Oznacza także, że RS występuje w komunikacji międzynarodowej jako podmiot.
Serbia zignorowała więc, wg Silajdzicia, zwyczajowe procedury dyplomatyczne, co zagroziło suwerenności Bośni. Chodziło tu także o sposób w jaki Tadić przekroczył bośniacką granicę (tj. bez wcześniejszego, czy też - zbyt późnego powiadomienia o tym fakcie bośniackich służb granicznych).
Ufff... tyle "dyplomacji". Narody, w tym Bośniacy, dla których Hary raczej nie jest bohaterem z ich bajki, w swoich komentarzach w dyplomację się nie bawiły:
*Hary, przyznaj, Dodik to twój najlepszy kolega (...) BiH obchodzi cię tyle co zeszłoroczny śnieg...[przypomnijmy - dzieci Siladzicia uczą się za granicą..:]
*(...) a co zrobiłeś, by do tej szkoły chodziły bośniackie dzieci...?
*W wizycie Tadicia nie widzę nic złego, jak i nie widzę w otwarciu meczetu Kralja Fahda, ostatecznie lepiej otwierać szkoły niż meczety...
*A "bośniacki koledż" i "gimnazjum tureckie" nie przeszkadza...?
*Mesić zeszłym razem był w Tuzli, nie przyjechał do Sarajeva i nikt się nie oburzał...
*Patrzecie, patrzcie, ci Serbowie, prawdziwi złocyńcy, zbudowali szkołę i otworzyli wczoraj, a Harisa nikt o nic nie zapytał. To dopiero zbrodnia...
***
OK, mam wrażenie, że nazwa dobra dla hotelu:) niekoniecznie jest dobra dla szkoły, a Tadić chyba nie do końca przemyślał swój krok... Z drugiej strony bardziej niż do Tadicia Haris powinien mieć pretensje do kolegów z RS-u (i do siebie) że wizyty prezydenta nie zorganizowali wspólnie...
Dodajmy jeszcze, że przy okazji wizyty Tadić dementował pogłoski o swoim poparciu dla kolejnego podziału BiH na 4 części administarcyjne -propozycji Dragana Czovicia. "Prezydent Tadić szanuje integralność i suwerenność BiH i uważa, że porozumienie z Dayton może zostać zmienione tylko za zgodą wszystkich trzech narodów - Boszniakow, Serbów i Chorwatów." - ogłoszono z prezydenckiego gabinetu.
*
OK. Przejdźmy do spraw przyjemniejszych. Teraz będzie o czymś na czym się kompletnie, ale to komletnie nie znam:) O futbolu!:)
Nie byłoby o tym słowa, gdyby wczoraj Bośnia i Hercegovina nie zremisowała u siebie z Turcją!
Wynik 1:1 został entuzjastycznie przyjęty przez bh kibiców, bo tym samym reprezentacja BiH utrzymała 2 miejsce w swojej grupie (5) w kawilifikacjach do Mistrzostw Świata w RPA.
Z komentarzy internautów za przeproszeniem rozwalił mnie ten: "Nasi przeciw naszym, gdzie to jeszcze możliwe...:):)"
*

niedziela, 14 czerwca 2009

Na Bałkanach bez zmian

Probeharawszy (zbyt) szybko przez krainę kwitnącej arszlamy (to taka sorta czereśni) uprzejmie donoszę, że na Balkanu raczej bez zmian...
Niestety nie da się (tudzież ja nie potrafię) przenieść na bloga ani zieleni, ani Neretwy, ni zapachu kahvy ni ćevapa ni smogu z okolic Zenicy:) itp. niektórym niezbędnych do życia "składników"...
Po raz kolejny za to okazało się, że aby nie wpaść w deprechę po wizycie w Sarajewie należy w te pędy gnać do Mostaru:). Miasto nadal nie ma swojego burmistrza (ma za to nowe\stare gimnazjum przy pl.Hiszpańskim - znaczy się - koniec remontu:), ale mieszkają w min trzeźwo myślący ludzie. Znajomi w Mostarze twierdzą, że BiH się nie rozpadnie, prędzej Dodik wyląduje w kiciu:)
I tej wersji się trzymajmy!:)
Poza tym w BiH okres matur, także w medresach. Odziane w soczystą czerwień hurysy (absolwentki znaczy się:) wyległy na ulice Mostaru. Niejedna polska maturzystka mogłaby przy nich wpaść w kompleksy...
*
*
Jak ogólnie wiadomo opublikowano nowe zdjęcia (w tym video) Ratka Mladića "poszukiwanego" przez Trybunał Haski. Widok świetnie bawiącego się Mladića w otoczeniu bliskich sam w sobie jest oczywiście niesmaczny i porażający, ale czy to naprawdę kogoś zaskoczyło? Jeśli kogoś się szuka tak, by nie znaleźć, to efekt musi być taki jak na "załączonych obrazkach". Najbardziej żal, że tu już nie chodzi o prawdę i ofiary (w tym córkę generała Anę, która zginęła śmiercią samobójczą), ale o doraźne interesy wszystkich zainteresowanych stron, w tym tzw. Zachodu.
To oczywiście mało odkrywcze refleksje, ale można by zadać pytanie, kto tu tak naprawdę gra, a kto tańczy?
*
Cóż, następnym razem w mediach usłyszymy o Bośni zapewne też w kontekście jakiegoś "poszukiwanego"...
A o czym media nie doniosą? Na przykład o tym, że w maju w Belgradzie po raz trzeci odbył się festiwal "Dni Sarajewa w Belgradzie". (Niestety z imprezą minęłam się o kilka dni:(
Organizatorzy, z których większość to organizacje pozarządowe z Belgradu, Saraju, Nowego Sadu i Podgoricy sprowadzili do stolicy Serbii ok.300 artystów, dziennikarzy i aktywistów.
"Zaczynaliśmy przed trzema laty, najpierw goście przyjeżdżali dwoma małymi samochodami, potem kilkoma autobusami, w tym roku przyjechało ok.300 osób" - opowiada "Slobodnej Bosni" kierujący przedsięwzięciem Andrej Nosov.
Problemem wcześniejszych imprez było przede wszystkim to, że skupiały wokół siebie wąski krąg tak samo myślących ludzi. W tym roku festiwal "wyszedł na ulice" miasta. O tym jak potrzebna była ta zmiana świadczą słowa Nosova: "Niedawno przygotowaliśmy ankietę, która pokazała, że niektóre dzieci w Serbii nawet nie wiedzą gdzie leży Sarajewo, co jest porażające" (!)
Przez cztery dni pokazano w Belgradzie filmy dokumentalne i fabularne, koncerty, przedstawienia, odbyły się dyskusje panelowe i happeningi; sympatycznym elementem festiwalu było wzajemne wysyłanie kartek z pozdrowieniami mieszkańców Belgradu i Sarajewa.
:):):)
*

Z kategorii "wizyty": 21.05 BiH odwiedził i w bh parlamencie przemowę wygłosił w-ce prezydent USA Joseph Biden, natomiast ef.Mustafa Cerić w atmosferze konfliktu z miejscowym reisem odwiedził serbski Sandżak.
(Ale o tom może potom...)
*
Z kategorii "plotki": trwa konflikt niejakiego Nemanji Kusturicy z Mokrej Gory z miejscowymi "farmerami", którym słynny reżyser pono ogranicza swobodę korzystania z miejscowych dóbr przyrody, a które Kusturica (jak twierdzi) zobowiązany jest chronić. "Jestem częścią powietrza który wdychacie, dzięki lasom, którę chronię" - stwierdził filozoficznie reżyser.
*
Z kategorii "kultura": na razie tylko we Włoszech i Bośni ukazała się książka włoskiego dziennikarza "jugonostalgika" i wydawcy Piera del Giudice o jego przyjacielu Abdullahu Sidranie - znanym bośniackim pisarzu i scenarzyście (m.in. "Ojciec w podrózy służbowej") i Jugosławii jego młodości. Rzecz nazywa się "Balkanski roman - Sidranova knjiga i knjiga o Sidranovom dijelu" i wygląda baaardzo zachęcająco... Sidran tłumaczy w niej m.in. swoje rozumienie terminu demokracja - "Demokracja jest wtedy, gdy całujesz dziewczynę i nie zastanawiasz się czyja to jest dziewczyna?":)

sobota, 16 maja 2009

Dwóch panów w mieście na S., nie licząc hymnu...

Niemal każde miasto ma swoją legendę. I nie chodzi tu o bajki o Smoku Wawelskim, ale o ludzi, bez których niektóre miejsca prawdopodobnie nie byłyby tym czym są.
Ma i stolica BiH swoją. Lagenda Sarajewa nazywa się "czika Miszo" (czyli wujaszek Miszo, choć tak naprawdę Husein Hasani) i... chce przejść na emeryturę. Historią tą żyją bh media już od kilku dobrych tygodni, od kiedy to słynny sarajewski pucybut postanowił po 60-ciu latach pracy przejść na zasłużony odpoczynek. Niestety okazuje się, że wujkowi Miszo emerytura nie przysługuje. Na nic się zdała jego petycja skierowana do władz.
Czuli na nią okazali się jednak kochający swoją legendę Sarajlije, którzy napisali swoją petycję, znalazło się pod nią 9tys. podpisów, a te z kolei "pomogły":) władzom miasta podjąć decyzję o przyznaniu wujkowi Miszo, zamiast emerytury ,comiesięcznej pomocy finansowej.
"Ja nie chcę wiele. Nie chcę zamków i willi. Tylko tyle, żebym nie musiał żebrać".
*
na zdjęciu: legenda Mostaru - Safa,
który chyba na emeryturę się nie wybiera...
**
Wspomnianą petycję podpisali także klienci i fani wujka Miszo "z wyższych sfer" - m.in. Zeljko Komszić. Wujek Miszo ma 87 lat, przybył do Sarajewa w 47r., fachu nauczył się od swego wuja, a 8 lat temu dostał Nagrodę Miasta Sarajewa: "Zawsze mówię swoim wnukom (ma ich 7-ro), że pucybuci, szewcy i golibrody, to ludzie, którzy dają innym najwięcej radości". Czika Miszo od 20 lat pracuje przy ulicy Tity, twierdzi, że najbardziej lubi żartować i przyjaźnić się z młodymi ludźmi, którzy zawsze byli przy nim gdy tego potrzebował".
***
Nie po emeryturę zjawił się w Srebrenicy... były żołnierz holenderskiej jednostki wojsk ONZ, które w lipcu 1995r. tak niechlubnie zapisały się w pamięci Boszniaków.
Robertus Sauner zjawił się w Bośni, jak twierdzi - powodowany wyrzutami sumienia. Chce w Srebrenicy właśnie kupić plac, zbudować dom i przenieść na stałe z żoną i dziećmi.
"Wiem, że w lipcu 95r zdarzyły się tu straszne rzeczy, ale my wtedy naprawdę nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Prawdę poznaliśmy dopiero po powrocie do Holandii, miesiąc później. Miałem wyrzuty sumienia, że nie mogliśmy zrobić nic dla ratowania Boszniaków. Tak naprawdę wtedy nie byliśmy prawdziwymi żołnierzami, to był rodzaj "wojskowego szkolenia" - wyznaje Holender (?!).
Bh mediom opowiedział też, że był w Bośni rok temu i choć bał się reakcji ludzi, zauważył, że nikt nie wini go za to co się stało (?!), jak i o tym, że wiele osób w Holandii odradzało mu przyjazd do BiH, twierdząc, że w Bośni jest wojna (?!) i straci tu życie (?!).
Internauci nie byli zgodni w ocenie pana Holendra, niektórzy szczerze życzyli mu szczęścia, inni nie kryli sarkazmu:
"Dlaczego robi to swoim dzieciom...?",
"Witaj, tym razem nie poprzestawaj na patrzeniu..."
To jest bardzo, ale to bardzo interesujące...
**
Na koniec wieść o kapryśnych politykach, którym jednak nowy tekst hymnu BiH się nie spodobał. Rada Ministrów BiH, która miała tekst ostatecznie zatwierdzić znalazła w nim pewne "niedociągnięcia", m.in. zabrakło ministrom w tekście - "morza" :)
Benjamin Isović - autor bh hymnu twierdzi, że z nikim jeszcze o zmianach nie rozmawiał, a zarzuty ministrów uważa za polityczną fanaberię: "Jeśli teraz dorzucimy morze, to ktoś inny zażąda Podrinja, potem Kozary, potem Zelengory..."
Przypomnijmy, że przed 3 misiącami specjalna komisja (powołana przez hmm... Radę Ministrów BiH:) zaakceptowała tekst Isovicia i muzykę D.Szesticia jako nowy hymn narodowy BiH.
*
Jak zmieniać, to zmieniać - oto moja propozycja nowego elementu bh flagi (herbu), który z pewnością rozwiąze problem z konfliktogennymi lilijkami i nie lubianymi - jak mówią niektórzy bh obywatele - "amarykańskimi" gwiazdkami na bh sztandarze...:)

środa, 8 kwietnia 2009

"Nie jesteśmy samolotami! Jesteśmy Cyganami!" Dziś Międzynarodowy Dzień Romów

Istnieje w Rosji legenda o stadzie cudownych ptaków o najpiękniejszych głosach jakie słyszał świat. Podczas swojej podniebnej wędrówki stado nadleciało nad cudnej urody miasto i pałac, cały ze złota, w którym żyły kury. Chcąc zatrzymać przy sobie niezwykłych śpiewaków, kury obsypały je złotem i klejnotami i ptaki, nie mogąc oprzeć się bogactwom, wkrótce dały się zamknąć w pałacu. Tylko jeden z ptaków odmówił bycia więźniem złotej klatki: przepełniony bólem wzniósł się w niebo, po czym zabił uderzając w mur pałacu. W tym momencie z nieba zaczęły spadać czerwone pióra, a z uwięzionych ptaków opadać całe złoto. Wyswobodzone zamachały skrzydłami, ale na próżno - już nie potrafiły latać. Tak więc "uziemione" ptaki pobiegły za czerwonymi piórami niesionymi przez wiatr zrzucając po drodze swe pióra i stając się ludźmi.
Tak, jak mówi legenda, powstali Cyganie.
***

Powyższa legenda jest fragmentem jednego z wyjątkowych felietonów Borisa Dezulovicia ("Hrvati, Cigani!...", 2001), którego teksty mają te ważną zaletę, że choć w założeniu mówią o Chorwacji i Chorwatach, niosą - jak się to mówi - uniwersalne przesłanie.
Chorwacki pisarz i dziennikarz wspomina w nim i swoje spotkanie z Romami w wojennym Sarajewie, gdy latem 92r. strzelano do nich na przedmieściach stolicy BiH. Stary mężczyzna, Rom, zlany krwią żalił się grupie zagranicznych dziennikarzy: Dlaczego strzelają do nas pociskami przeciwlotniczymi? Przecież jesteśmy Cyganami, nie samolotami!"
Pisząc dalej o sytuacji Romów w Chorwacji wspomina słowa przewodniczącego zagrzebskiego Związku Romów, który stwierdził, że Romowie czują się zagrożeni nie tylko ze strony ogolonych na łyso zbirów, ale i policji. Pewnego dnia jeden z policjantów tak się wydarł na jakiegoś Roma, że ten w końcu odpalił mu przytomnie: Nie drzyj się tak na mnie! Nie jesteś moją żoną! :)

W Bośni ta sytuacja nie jest wcale lepsza. Przed wojną liczbę bośniackich Romów obliczano na ok. 50.000. Na dzień dzisiejszy nie sposób dokładnie określić tej liczby; w ciągu wojny wygnano lub zabito około 70% populacji. Obecnie Romowie to jedna z najbardziej zagrożonych bh nacji.

Żyjemy w świecie, pisze Dezulović, w którym słowo "Cygan" jest obelgą, bo "Cyganie są brudni, śmierdzący, kradną, a Cyganki porywają i jedzą na obiad małe dzieci". Więc "trzeba ich wyrzucić z naszych miast - tych lśniących pałaców"
***
Istnieje legenda, czytamy w felietonie, o lśniącym pałacu całym ze złota, w którym mieszkał różnego rodzaju drób. Pewnego dnia z pałacu zniknęły wszystkie gęsi. Mówiono, że skończyły w pasztecie. Kury, których było najwięcej nie zaniepokoiły się jakoś przesadnie. "Te gęsi i tak były głupie, gdyby dawały jaja na jajecznicę byłyby żywe". Wtedy pewnego dnia zniknęły wszystkie kaczki: pewnie skończyły w sosie żurawinowym. Kury odetchnęły, wreszcie pozbyły się tych skąpych kaczek, gdyby dawały jaja na omlet, byłyby żywe. Wówczas gdzieś w okolicy Wielkanocy zginęły wszystkie grube indyki. "Same są sobe winne, skoro nie chciały dawać jaj na pisanki!" Potem, jeden za drugim znikały wszystkie ptaki śpiewające: skończyły w klatkach bo, po pierwsze - za pięknie śpiewały, po drugie - zabierały kurom ziarno. "I były za leniwe, by dawać jaja do ciasta!" - z lekcewżeniem zauważyły kury zadowolone, że w końcu zostały same.
A kolejnego ranka przyszła kolej i na nie.
Wtedy oszalałe kury zdecydowały się pokazać jaja! Ale, było już za późno...
***
"Przekrzykuję Rivę - pisze autor - wraz z Esmą Redżepovą, Sabanem Bajramoviciem (...) - ptakami, które zapomniały jak się lata".
"Odmawiam bycia kurą, która myśli, że cały świat zamyka się w jej klatce i od dzisiaj oficjalnie ogłaszam się Cyganem. Niech nikt mi nie mówi, że mi tego nie wolno, i że Chorwat nie może być Cyganem. W ich języku mianowicie, w odróżnieniu od chorwackiego - Rom znaczy "człowiek".

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Odsłonięto, otwarto, powiedziano...

Odsłonięto pomnik dzieci Sarajewa poległych w czasie wojny 1992-95. Z okazji święta stolicy BiH 6.04 Komsić i Silajdżić położyli wieniec pod postumentem; były więc kwiaty, przemówienia i tym samym zakończył się wielomiesięczny, niesmaczny spór o pomnik.
Obie uroczystości utrudnił, choć nie uniemożliwił strajk pracowników komunikacji miejskiej Sarajewa GRAS.
Obie - bo wieczorem, naprzeciw wspomnianego pomnika otwarto, można rzec z pompą, nowy w mieście kompleks handlowo-biurowy. Po 3 latach budowy na miejscu jednego z przedwojennych symboli Sarajewa - domu handlowego "Sarajka" stanął 10-piętrowy BBI Centar!
Uroczystości przewodził m.in. przedstawiciel głównego inwestora BBI Leasing&Real Estate - dyr.Sead Zivalj. Nie zabrakło gwiazd - zaśpiewał m.in. Kemal Monteno, parę inszych zaspołów, w tym - a jakżeby nie -dziecięcych. Elementem uroczystości był program pt. "Dlaczego kocham moje miasto?" (Według mnie lepiej było zapytać - "Czy kocham moje miasto?", ale nie czepiajmy się detali...).
Dla tych, których ekscytują liczby niezbędne statystyki: koszt - 70mln KM, łączna powierzchnia - 43tys.mkw, 464 miejsc parkingowych na 3-poziomowym parkingu i 1000 nowych miejsc pracy, które znajomi pana Zivalja...yyy... skromni mieszkańcy Sarajewa znaleźli w licznych butikach, kafejkach, fitnessach itp. atrakcjach.
Obiekt, stojący w pobliżu Teatru Narodowego, przewidziany został jako nowa, przestrzeń publiczna, w której mają spotykać się sarajewianie i wszyscy pozostali, ale...
Jak wiadomo głównym inwestorem obiektu jest rzeczone BBI - założyciel banków m.in. w Abu Dhabi, Dubaju oraz Bosna Bank International d.d. Sarajevo, który jako pierwsza placówka finansowa w Europie działa na zasadzie tzw. "bankierstwa islamskiego" (czyli mówiąc bardzo pokrótce próbującego w jak największym stopniu zbliżyć się do nauk Mahometa i w teorii i praktyce eliminującego np. pojęcie procentu).
I o procenty tu chodzi, choć trochę innego rodzaju, otóż w rzeczonym przybytku procentów spożywania się zakazuje. Prócz tego, zgodnie z nakazami islamu zabronione jest przyjmowanie zakładów, oraz sprzedaż i spożywanie wieprzowiny.
A tak na marginesie zasad panujących w BBI - można się zdziwić, można obruszyć, ale można by także zapytać - gdzie te europejskie inwestycje w BiH?
* * *
Powiedziano:
Jako pierwszy wypowiedział się kardynał Vinko Puljić. Jego eminencja gościł w marcu w USA, gdzie spotkał się z chorwacką diasporą, przy okazji wyłuszczył swoje stanowisko w kwestii ustroju BiH i mającej powstać nowej bh. ustawy zasadniczej.
Puljić opowiedział się za zagwarantowaniem trzeciej części władzy dla przedstawicieli 3 narodów w każdym z entitetów bez względu na liczebność danej nacji, a na poziomie władz lokalnych (administracji, policji itp. itd.) postępowania wg zasady "jeden człowiek- jeden głos". Na poziomie państwa wszystkie 3 konstututywne narody miałyby prawo veta.
Porządek oparty na układzie z Dayton określił Puljić jako "nieadekwatny", zwłaszcza dla Chorwatów (to ok.17% społeczeństwa BiH).
Według kardynała 67% jego rodaków, nie powróciło jeszcze po wojnie do swoich domów, a ci którzy w BiH mieszkają są bezsilni, bo przegłosowywani na poziomie fedracji, państwa i gmin, w związku z tym - wystraszeni opuszczają BiH; w ciągu 2 lat z Sarajewa wyjechało ok.500 chorwackich rodzin.
Vinko Puljić - zacna to osoba, która na szacunek zasłużyła sobie m.in. tym, że w czasie ostatniej wojny nie "ewakuował się" w bezpieczne miejsce, ale pozostał ze swoimi wiernymi (wtedy jeszcze jako biskup). Ma też na koncie czyn godny samego Supermana - gdy skutecznie spłoszył zbirów, którzy zaatakowali muzułmańską dziewczynkę w okolicy katedry.
Niestety, ostatnie wystąpienia Puljicia wpisują się w ogólną atmosferę i pozbawiony nadziei ton tzw. dyskursu publicznego, który polega zasadniczo na liczeniu własnych strat, ofiar, litanii żalów do tych "drugich". Całkiem niedawno kardynał ogłosił wszem i wobec, że "Sarajewo nie jest miastem wielokulturowym".
* * *
A oto... głos zabrał i inny duchowny. Tym razem bośniacki hatib, niejaki Nezim Halilović Muderris, który ostatnią piątkową modlitwę poświęcił 17-leciu serbskiej i chorwackiej agresji na BiH. Było więc o "ludobójstwie na muzułmanach, o którym "nie chciała słyszeć głucha i ślepa Europa", o embargu na wwóz broni do BiH, kiedy to "wspólnota europejska wykazała się obłudą i współuczestnictwem w zbrodni", o RS, którą "Europa powinna jak najszybciej zlikwidować, aby BiH mogła funkcjonować jak normalny kraj"... Co to znaczy "normalny kraj" efendi nie wyjaśnił.
"W Sarajewie 500 lat temu, gdy chrześcijańska Europa szczyciła się swoimi brudami były: publiczne łaźnie, bezpłatne szpitale, biblioteki, szkoły, uczelnie...(...), a w tej samej Europie na pocz. 21-go wieku w większości krajów nie ma meczetów (...). Moim dzielnym mieszkańcom Żepy, w ramach pomocy humanitarnej zrzucano Biblię i paczki z wieprzowiną... !"
I dalej:
"Na wyszegradzkim moście na Drinie - vakufie Mehmeda-paszy Sokolovicia złoczyńcy żywych ludzi nabijali na pal, a potem piekli na rożnie, jak w powieści "Most na Drinie" wielkiego ideologa czetniczkiego Iva Andricia!" - wzniósł się swym "pokojowym tonem" na "szczyty pojednania" imam "czcząc" pamięć wojennych ofiar...
*
Oczywiście - bezsprzecznie to Muzułmanie ponieśli największe ofiary podczas ostatniego konfliku, a Europa ma tu sobie wiele do zarzucenia.
Chętnie przemilczę tu także fakt, że na swoje płomienne wystąpienie imam wybrał meczet - miejsce święte (nie w takich miejscach i nie takie słowa już słyszeliśmy w naszym pięknym kraju). Nie wiem też, gdzie hatib Halilović był podczas wojny (co psuje mi zgrabną pointę, ale załóżmy, że nie o pointę tu chodzi:); nie zapytam też, z którego z zaprzyjaźnionych półwyspów na wschód od Bośni otrzymywali broń jego rodacy; zmilczę dość przewrotną tezę o braku meczetów w Europie i nie chce wiedzieć jakież to 500-letnie "europejskie brudy" ma Halilović na myśli; nie zainteresuja mnie pozostałe wątki i refleksje, ale o jedno mam wielką do imama pretensję:
efendi nie przeczytał "Mostu na Drinie"!!! A to wstyd, wstyd prawdziwy dla prawdziwego Bośniaka!:)
Gdyby był przeczytał, na pewno nie śmiałby powoływać się na dzieło jugosłowiańskiego noblisty(1961), a jego uwagę zwróciłby być może m.in. fakt, że rzeczony Mehmed-pasza Sokolović, wielki wezyr i fundator niezwykłego mostu był...poturczonym Serbem (tłum. dla imama - "czetnikiem" z dziada pradziada), jak by tego nie czytać, nawet jak Koran - od tyłu, zawsze na to wychodzi:).
Do tego gdyby efendi już dotarł jednak do jakiejś biblioteki (z 500-letnią tradycją:) na pewno nie omieszka doczytać o tolerancji panującej w osmańskiej Bośni:), całkiem niezły wzór na dzisiejsze czasy.
*
Głos z forum: "Chyba głucha i ślepa Europa słyszy jak przedstawiciel religijny odnosi się do jedynego laureata Nobla z tych stron. My tu wiemy: psy szczekają, karawana idzie dalej"

poniedziałek, 23 lutego 2009

Ludzie na moście, czyli powiedz "NIE" podziałowi BiH!



To hasło przed paroma dniami niosło się wzdłuż rwącej Neretwy. Albowiem mamy kolejnych niezadowolonych z ostatnich wyczynów "top-polityków" BiH. Tym razem zareagowały organizacje pozarządowe w Mostarze, których członkowie protestowali na nowym\Starym Moście przeciw planom kolejnego krojenia państwa, jak i próbom przywłaszczania sobie Mostaru przez którąkolwiek z bh nacji.

***

Teraz z trochę innej beczki, a właściwie banii... W Banja Luce zapadł historyczny wyrok. Na mocy tegoż miasto Banja Luka i Republika Serbska mają wypłacić IZ BiH (Islamska Zajednica BiH) odszkodowanie za zburzenie w czasie ostatniej wojny 16-tu obiektów religijnych. IZ pozew wniosła już w 2000r., a z wyroku jest zadowolona. Dokładna suma odszkodowania wynosi 64,762,347 mln KM.

Przedstawiciel prawny IZ Esad Hrvacić twierdzi, że o wiele ważniejszy od tej kwoty jest fakt, że Republika Serbska po raz pierwszy przejęła oficjalnie odpowiedzialność za zniszczenia dokonane w trakcie wojny, choć przyznaje, że wysokość kwoty mogła być większa. Wartość samego meczetu Ferhadija oblicza się na 34mln KM. Jak wiadomo w odbudowę tego obiektu włączyła się Unesco.

(źródło: sarajevo-x.com)